| love in stereo |

 

Tablo reader up chevron

blurb;

  "We fell in love in stereo then he broke my heart in stereo."

 

 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

#1 new york

                Nowy Jork – miasto, w którym spełniają się najskrytsze marzenia. Stolica kulturowa świata, miejsce, do którego każdy pasuje. O ile potrafisz się w nim odnaleźć. Miasto, w którym można naprostować pokomplikowane sprawy. Może nieco zbyt tłumne, ale zapewniające potrzebną anonimowość. Miasto, które albo się kocha albo nienawidzi. Miasto oferujące szereg możliwości i szans.

                Sydney Charlton doskonale wiedziała z czym wiązały się przenosiny do Nowego Jorku, była to całkowita zmiana dotychczasowego życia. Spoglądając wstecz zastanawiała się, czy to wszystko było tego warte. Wtedy wstawała z łóżka i rzucała okiem na rozpościerającą się panoramę miasta – dostała szansę, o której inni mogli tylko marzyć. Pracowała jako dziennikarka radiowa – dostawała wejściówki na koncerty, co więcej miała możliwości rozmowy z ludźmi, których kiedyś jako nastolatka podziwiała. Wspięła się na niedostępny dla innych stopień. Aczkolwiek dokuczająca samotność czasami stawała się nieznośna.

                Jedynym, co pozostało jej ze ‘starego’ londyńskiego życia, była stara gitara i kilka zakurzonych płyt. Czasami chwytała instrument do ręki, wydobywając z niego kilka dźwięków. Wyjechał tak szybko, pozostawiając wiele niezakończonych spraw. Nie zdążyła mu jej zwrócić. Przelotne spojrzenia, które rzucała, często przypominały jej o okresie dwóch najwspanialszych lat. Wspominała, jak uczył ją grać, jak się wściekała, kiedy nic jej nie wychodziło, a później i tak kończyli całując się na kanapie. Wtedy powtarzał jak bardzo ją kochał. A ona wierzyła. Naiwniaczka.

                O ich wyjeździe dowiedziała się od przyjaciółki – ta wiedziała, jej chłopak akurat raczył ją o tym fakcie powiadomić. I tyle było z dwuletniego związku. Wtedy postanowiła wynieść się z Londynu, zamieszkać na stałe w Nowym Jorku, ściąć włosy i zrobić tatuaż.

                Zaczynała nowe życie.

                Rankami spędzała mnóstwo czasu w kuchni, rozkoszując się zapachem nowego dnia – kojarzył się z cynamonowymi tostami i kawą. Brooklyn powoli budził się wtedy do życia, a ona zazwyczaj spóźniona musiała biec na metro. Ścięcie włosów miało  swoje plusy – spóźniała się dziesięć minut, nie pół godziny jak to miała w zwyczaju w Londynie. Przedarcie się przez całe miasto zajmowało jej do godziny, przy dobrych wiatrach. O ile po drodze nie trafiła się jakaś azjatycka wycieczka, zachwycona nowojorskim metrem. Wtedy zwyczajnie czekała na kolejny pociąg.

                Za każdym razem spotykała się ze spojrzeniem pełnym dezaprobaty, posyłanym przez Dylana. Całowała go w policzek i wzruszała ramionami.

                - Nie sposób walczyć z metrem, sam o tym wiesz – tłumaczyła, uśmiechając się niewinnie.

                Za każdym razem machał ręką i pozostawiał ją samą w pomieszczeniu. Na biurku stał kubek parującej kawy i rozpiska na dany dzień. Najpierw sięgała po kawę, a dopiero później zapoznawała się z rozpiską. W ciągu dnia potrafiła się zmienić dziesięciokrotnie, dlatego szczególnie się nią nie sugerowała.

                Przełączyła listę na swoją własną, uwzględniając piosenki, które niedawno dostali – przez te wszystkie lata wiele się zmieniło na rynku muzycznym, aczkolwiek prym wciąż wiodły te same osoby, które trzymały pałeczkę cztery lata wcześniej.

                 - Taylor Swift na czwartek, pasuje czy dzwonić do Jenny? – W drzwiach pojawiła się uśmiechnięta twarz Dylana z kartką w dłoni.

                - Ta dziewczyna nigdy nie śpi, przysięgam. Wpisuj – machnęła ręką ze zrezygnowaniem.

                Kto by pomyślał, że przeciętna dziewczyna z liceum będzie przeprowadzała wywiad z wielokrotną laureatką nagrody Grammy, z rekordzistką w każdej dziedzinie – Taylor Swift. To było niczym sen. Piękny, z którego nie miała najmniejszego zamiaru się budzić.

                Standardowe dni w pracy były do siebie podobne – przeglądała pocztę, stronę na której ludzie wpisywali propozycje piosenek, czasami udawało się jej przejrzeć wiadomości, kręciła się przez chwilkę po całym budynku, konsumowała szybki lunch, czasami modyfikowała listy, prowadziła audycje, odpowiadała na telefonu, innymi słowy – w radiu zawsze było coś do roboty.

                Dylan często obserwował swoją przyjaciółkę i jej zatracenie w pracy. Ludzie ją uwielbiali – uwielbiali muzykę, którą serwowała, jej osobowość. Była najlepszym, co mogło się wydarzyć w tym smutnym miejscu. Wywiady, które przeprowadzała były unikatowe i za wszelką cenę unikała sztampowych pytań. Kiedy zakładała słuchawki stawała się zupełnie innym człowiekiem. Z drugiej strony nie wiedział o niej prawie nic – nie wiedział, co skłoniło ją do pojawienia się w Nowym Jorku, nie znał kierujących nią pobudek. I możliwe, że nie chciał ich poznać. Nie przeszkadzało mu to – bez tego była wyjątkową osobą.

                - Sydney, w porządku? – spytał cicho, podstawiając na biurko kolejny kubek z kawą. Dziewczyna otrząsnęła się ze swoich myśli i przytaknęła.

                - Czasem za dużo myślę, przepraszam – wyjaśniła, zaciskając wargi.

                Brytyjka kryła w sobie wiele tajemnic. Jedną z nich była nieopisana sympatia do zespołu – 5 Seconds of Summer, której nie potrafił w żaden sposób logicznie wyjaśnić. Ale w końcu każdy miał prawo do swoich sekretów – mniejszych lub większych.

                - Masz plany na wieczór?

                - Zakładam, że teraz już mam.

                Dylan był naprawdę w porządku – nie próbował niczego, a pomiędzy nimi nigdy nie było niczego więcej niż przyjaźń. Kiedy Aisha znajdowała się po drugiej stronie globu, po prostu potrzebowała kogoś z kim mogłaby spędzać wolne dni, żeby przypadkiem nie zwariować. Mogła na niego liczyć w każdej sytuacji, a przy okazji nie zadawał niewygodnych pytań o Londyn. Ta relacja naprawdę jej odpowiadała.

                Pracę kończyła o szóstej – wtedy zazwyczaj wracała do pustego mieszkania, albo wychodziła. Życie w Nowym Jorku zaczynało się po zmroku, otwierały się wszelkie puby, dyskoteki, kluby – od wyboru do koloru. Życie nowojorskiej Sydney wcale nie przypominało życia tej londyńskiej – tak jakby zmieniając miejsce zamieszkania stawała się kompletnie nową osobą. I w jej serce nie było już miejsca na tęsknotę.

                Miało być tak pięknie, idealnie wręcz. Miała to być kolejna historia ze scenariuszem rodem z komedii romantycznej – początkowo wchodzący na odcisk główny bohater, powoli rodzące się uczucia i taniec w deszczu połączony z wyznaniem miłości. Co poszło nie tak? Gdzie wkradł się ten malutki błąd, który ich rozdzielił? Może wymagała za dużo? Może chciała, żeby zrobił dla niej to, co ona chciała zrobić dla niego? Nie wiedziała. Nigdy jej tego nie wyjaśnił – zmienił numer telefonu, a ona nie chciała być natrętną byłą dziewczyną.

                Skorupka, którą wytworzyła dookoła siebie, nie pozwalała na utworzenie normalnego związku. Bo jak miała zaufać komukolwiek? Kiedy jej zaufanie zostało nadszarpnięte, niemalże podeptane przez uroczego blondyna, którego uważała za kogoś naprawdę ważnego. A może faktycznie była licealna miłość, o której się zapominało.

                Czasami przychodziły samotne wieczory. Wieczory podczas których myślała za dużo. Podczas których rozsiadała się na kanapie i obserwowała toczące się życie – wtedy myślała, co u niego. I nie miała tutaj na myśli oficjalnych informacji, do których każdy miał dostęp. Czasami marzyła, żeby po prostu z nim porozmawiać, od tak, bez żadnych pretensji. Ale czy byłaby do tego zdolna? Możliwe, że to były tylko czcze życzenia.

                Tak cholernie bała się samotności, że w końcu skończyła samotnie w ogromnym mieszkaniu na Brooklynie, zapijając swoje smutki w whisky, której nawet nie lubiła.

                Kogo mogła oszukiwać… minęło prawie sześć lat, a ona wciąż go kochała jak idiotka. 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

#2 pretend

                Telefon. Naprawdę irytujące urządzenie. Szczególnie w sobotę o ósmej rano, kiedy w programie przewidziane było spanie do nieprzyzwoitej pory. Sydney wysunęła głowę spod miękkiej kołdry i zerknęła na zegarek. Przeciągły jęk słyszalny był w całym domu. Musiała chyba przypomnieć Dylanowi co oznaczał ‘dzień wolny od pracy’. I że telefony przed godziną dziesiątą były zakazane. Chcąc nie chcąc, podniosła się do pozycji siedzącej i namierzyła niewielkie urządzenie.

                - Dylan, jeśli to nic ważnego, to wiedz, że cię zamorduję – mruknęła sennie, w międzyczasie przecierając oczy, jako tako odzyskując ostrość widzenia.

                - Słuchaj, Jenna się rozchorowała, musisz ją zastąpić – wytłumaczył, przechodząc do sedna sprawy. Nie lubiła, kiedy ktoś owijał w bawełnę. – Wywiad na dwunastą, wyrobisz się?

                Zerknęła na zegarek – w teorii miała mnóstwo czasu, ale praktycznie oznaczało to przebijanie się do budynku radia w sobotę. A to z kolei było jednoznaczne z korkami i zatłoczonym metrem. Stłumiła ziewnięcie i potwierdziła swoją gotowość do działania. Zakończyła połączenie i z powrotem zakopała się w pościeli, nakrywając się po sam czubek nosa.

                Zapowiadało się na cholernie długi dzień…

                W końcu po długich debatach prowadzonych z wewnętrzną sobą wytransportowała się z łóżka. Oczywiście, jak przystało na Nowy Jork, temperatura była niemalże zabójcza, dlatego była zmuszona do wdziania się w spódniczkę Zadanie ułatwiłaby jej wiedza, z kim miała ten wywiad przeprowadzić, ale Dylan nie pofatygował się nawet wysłać smsa. Co więcej jak na złość włosy postanowiły przestać się układać. Próbowała na wszystkie sposoby, aż w końcu zmusiły ją do zastosowania ostatniej broni – prostownicy. Tylko, że wtedy fryzura nie pasowała do ubrania… Kobiece problemy…

                - Pieprzyć to – mruknęła, przebierając się w dopasowane jeansy i za dużą koszulkę z wycięciami po bokach.

                Przecież to nie ona jest gwiazdą wywiadu.

                Wypadła z domu niemalże błyskawicznie i biegła na najbliższą stację metra. Mogła jedynie pokładać nadzieję, że Dylan nie zapomni o jej kawie. Jak wcześniej przewidziała pociągi były tak zatłoczone, że musiała się skulić, żeby znaleźć sobie trochę miejsca. Wcisnęła się w kąt i wsunęła słuchawki do uszu. Wciąż pozostał w niej maleńki sentyment do twórczości Fall Out Boy – szczególnie do Alone Together. To była ich piosenka. Często dochodziło między nimi do kłótni na temat muzyki, puszczanej w radiu, a jedynym kompromisem, na który chodzili była twórczość amerykańskiego zespołu.

                Wysiadła na swojej stacji i po drodze zdążyła sobie nawet kupić pączka z czekoladą. Może dzięki temu dzień chociaż na chwilę stanie się lepszy.

                Dylan oczekiwał na nią z kartką z pytaniami i kubkiem kawy.

                - Jesteś niesamowity, chociaż nadal cię nienawidzę – uśmiechnęła się szeroko, odbierając kubek. Zapoznała się z pytaniami i zmarszczyła czoło. – Raczysz mnie poinformować z kim przeprowadzam wywiad?

                Mężczyzna już otwierał usta, kiedy z sali nagraniowej wypadło dwóch delikwentów, śmiejących się w niebogłosy. Sydney rozwarła szeroko oczy i pociągnęła za sobą Dylana do najbliższego pomieszczenia, które okazało się składzikiem na miotły. Miała wszelkie nadzieje, że nikt jej nie zauważył.

                - Musisz sobie ze mnie żartować, Dylan… Proszę powiedz, że to żart – poprosiła, przecierając skroń wolną dłonią. To przecież nie mogło się dziać naprawdę. Nie bez powodu unikała ich od kilku lat, a wszelkie wywiady oddawała Jennie.

                Tak było łatwiej.

                - Sydney, to tylko jeden jedyny raz, błagam cię.

                - Nie możesz sam tego zrobić? – fuknęła rozdrażniona całą sytuacją. Nie pomagała nawet kawa.

                - W tym problem, że nie mogę. Za dwadzieścia minut mam akustyczną Jhenè Aiko.

                - To ja się zajmę Jhené, a ty pójdziesz do nich, umowa stoi?

                Szatyn pokręcił przecząco głową – może był w stanie nagiąć zasad dla Sydney, ale nie miał zamiaru odpuścić Jhené Aiko. Opuścił składzik, mamrocząc coś o powodzeniu, pozostawiając szatynkę ze swoimi myślami. Miała dwa wyjścia – podać się za Jennę i liczyć na to, że nikt jej nie rozpozna, na co szanse były niższe niż zero, albo po prostu wyjść z całej sytuacji z twarzą i grać dobrą minę do złej gry. Druga opcja brzmiała dużo lepiej.

                Cicho westchnąwszy, dopiła chłodną już kawę. Poprawiła odstające kosmyki i ruszyła na spotkanie demonów przeszłości. Gotowa? Gdzieżby znowu. Przerażona? Jak cholera. Ale jeśli nie teraz to nigdy. Przecież zawsze pozostawała szansa, że nikt jej nie rozpozna.

                Odruchowo przejechała dłonią po tatuażu pokrywającym znaczną część jej lewego przedramienia. Głęboki oddech, wyprostowana postawa, przecież nikt jej nie zabije, ani nie zrobi krzywdy. Przynajmniej fizycznej.

                Zanim weszła do pomieszczenia zgniotła pytania od Dylana – miała swoje własne, uniwersalne, a które wciąż pozostawały niebanalne i odbiegały od normy każdego wywiadu.

                Udawaj, że nic się nie stało. Udawaj, że się nigdy nie poznaliście. Powtarzała w głowie niczym mantrę. Zadziałało, bo kiedy weszła do salki i posłała im ciepły uśmiech, nie czuła już tego nieprzyjemnego ssania w żołądku. Przywitała się z każdym po kolei, przepraszając za niewielki poślizg i podając dłoń. Przy Hemmingsie zawahała się. Przez krótką sekundę. Niezauważalnie jednak przeszła do swoich pytań.

                Rozmowa przebiegała swobodnie – ona podchodziła do swojej pracy jako profesjonalistka, jedynie uśmiechając się pod nosem na wspomnienia wspólnych lat, kiedy to obserwowała jak powstawały pierwsze piosenki. Wszystko szło w dobrym kierunku, dopóki nie zdradziła się zbyt osobistym pytaniem, o którym tylko ona by wiedziała – o młodszą siostrę Michaela. A mianowicie, niczym skończona kretynka, wymieniła ją z imienia.

                - Skąd ty znasz… Sydney?! – pierwszy zorientował się Calum. Posłała mu ciepły uśmiech i kątem oka obserwowała reakcję Hemmingsa.

                Początkowo zacisnął dłonie w pięści i lustrował ją wzrokiem, myśląc, że tego nie zauważa. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, rzucić jakąś uwagą, ale zasępił się i zamiast tego wydał z siebie ciche westchnienie. Jedyne, co mogła stwierdzić to fakt, że się nie zmienił. Wciąż nosił tę przeklętą czapkę, jego oczy wciąż były tak samo błękitne, a kiedy przegryzał kolczyk w wardze miała ochotę wyjść… oknem. Wciąż działał na nią w sposób, którego nie potrafiła wyjaśnić. Wciąż był tym samym Luke’iem Hemmingsem, w którym kilka lat wcześniej się zakochała. Mogła sobie wmówić wiele rzeczy, ale to wciąż się w niej tliło. Ta malutka iskierka, której nigdy nie potrafiła porzucić.

                - Jak tutaj trafiłaś? – Ciekawskie spojrzenie Ashtona zostało w nią wbite i przez chwilę się zawahała.

                - Kontakty Jeremy’ego sięgały dalej niż nam się wszystkim wydawało – odparła, machając kamerzyście, żeby zrobił sobie przerwę.

                - Jak długo jesteś już  w Nowym Jorku?

                - Dwa lata – odparła, drapiąc się po karku. Nie trudno było dodać dwa do dwóch – wyjechała z Londynu niemalże zaraz po nich. Oni  na zachodnie, ona na wschodnie wybrzeże.

                - Swoją drogą, ja tu jestem dziennikarką. Calum, jak się wam układa z Aishą?

                Wzruszył ramionami, a na jego wargi wkradł się nieśmiały uśmiech. Często słyszała od Aishy o tym, jak było im ze sobą świetnie chociaż związki na odległość nie należały do najłatwiejszych. Nigdy nie powiedziałaby, że im się uda… a jednak. Hood był wpatrzony w młodszą siostrę Clifforda niczym w ósmy cud świata.

                Nie musiał odpowiadać – doskonale wiedziała.

                - Możemy wrócić do wywiadu? Bo zostałam brutalnie wyciągnięta z łóżka jakieś cztery godziny temu i chętnie bym do niego wróciła – stłumiła ziewnięcie i przeciągnęła się na krześle niczym niezadowolona kotka.

                - Świetny tatuaż, Charlton – cierpki, niemalże wrogi ton zmusił ją do podniesienia wzroku. Napotkawszy zimne tęczówki, skuliła się w sobie i próbowała zignorować dreszcze przebiegające wzdłuż linii kręgosłupa.

                - Dzięki – odparła lakonicznie.

                Sytuacja zrobiła się napięta – Luke przestał się odzywać, zafrapowany jakąś, zapewne ważną, kwestią, Calum wraz z Ashtonem starali się jakoś ratować sytuację, a zabawne wtrącenia Michaela przestały być tak zabawne jak na początku. Coś się zepsuło. Atmosfera stała się tak gęsta, że można było kroić ją nożem. W końcu wyczerpała wszystkie tematy, które miała wyczerpać i mogła z czystym sumieniem zakończyć wywiad. Cała reszta pozostawała w rękach Marka – miała nadzieję, że zmontuje z tego coś, co będzie nadawało się do pokazania światu. Podziękowała za wywiad i niemalże błyskawicznie wypadła z pomieszczenia. Pragnęła wrócić do domu, do własnego łóżka. Uciekła od tego, co niewątpliwie miało nadejść.

                Jednym z narcystycznych mechanizmów obronnych stosowanych przez organizm ludzkich było zaprzeczenie. Hemmings mógł zaprzeczyć, że zaistniała sytuacja go nie zabolała. Mógł zaprzeczyć, że przecież ich nic nie łączyło, jedynie głupia licealna miłostka. Ale to wszystko mijałoby się z prawdą.

                - Się porobiło – stwierdził Hood, wydając z siebie ciche westchnienie.

                - Chyba powinienem z nią porozmawiać – wymamrotał, drapiąc się po karku.

                - No coś ty, Sherlocku…

                Calum parsknął śmiechem – bardziej rozbawiony był miną Hemmingsa, aniżeli samym komentarzem Michaela. Ashton za to powstrzymywał się resztkami sił – żałość wydobywająca się z blondyna była komiczna do tego stopnia, że stawała się aż smutna.

                - Ta ironia była niepotrzebna, Clifford.

                - Ty spieprzyłeś, nie ja – podsumował, wzruszając ramionami.

                - Dzięki za przypomnienie.

                - Od tego są przyjaciele. Nie myśl, że tak łatwo pozwolimy ci zapomnieć…

                Blondyn prychnął niczym niezadowolony kociak, posyłając przyjaciołom karcące spojrzenie. Bardziej frapowała go myśl znalezienia szatynki w ogromnym Nowym Jorku. Zaliczyłby to do kategorii cudów, gdyby nie błyskotliwość Caluma, który podsunął myśl o popytaniu w budynku, ktoś musiał się przecież z nią przyjaźnić i wiedzieć, gdzie pomieszkuje. To było takie oczywiste, że wpaść mógł na to tylko Hood.

                Plan miał w sobie wiele luk, ale kiedy wypełnili je wszystkie rozpoczęli wywiad środowiskowy. Pytali nawet nieświadome niczego sprzątaczki. Nikt nie wiedział, nikt nie słyszał. Sydney? Bardzo milutka dziewczyna. Oddana pracy. Mieszkanie? Gdzieś na Brooklynie. Żadnych szczegółów. A może to tak miało już być. Może do końca życia miał żałować podjętych decyzji.

                - Czekaj, bo wydaje mi się, że widziałem ją chyba z jakimś gościem. Zamykali się razem w schowku na miotły…

                - Że niby co? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

                Rozczarowanie, chęć rozszarpania delikwenta, a także paskudne kłucie w okolicach serca zwane potocznie zazdrością. Nie mógł sobie wyobrazić dziewczyny w objęciach kogoś innego. A już szczególnie w schowku. Zacisnął zęby i starał się uspokoić skołatane nerwy. Nie mógł oczekiwać, że resztę życia spędzi samotnie, w końcu minęły już prawie trzy lata…

                - To on! – wskazał Hood.

                Dylan dużo spokojniejszy wrócił do swojego niewielkiego gabinetu – dwadzieścia minut z Jhené Aiko było niesamowitym doznaniem i chętnie by to powtórzył. Ale w końcu mógł spokojnie zrobić kawę i bez niepotrzebnych nerwów zasiąść za biurkiem. Czcze życzenie, bo w sali pojawiło się czterech rosłych chłopaków i nie mieli wcale zachęcających min.

                - Cześć! Bo chyba przyjaźnisz się z Sydney i… My chcieliśmy tylko zapytać o jej adres… - zaczął niewinnie blondyn, uśmiechając się od ucha do ucha.

                - Po co wam adres Sydney? – spytał, posyłając im podejrzliwie spojrzenia.

                - Z Sydney znamy się jeszcze z czasów szkoły średniej i mam coś, co do niej należy… I chciałbym jej to oddać.

                - Dziewictwa tak łatwo nie oddasz, stary – wymamrotał Hood pod nosem, za co blondyn sprzedał mu kopniaka w kostkę. Jęknął niemalże na cały pokój, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych. – Zignorujcie mnie, to takie… nagłe bóle.

                Hemmings wywrócił teatralnie oczami, odgarniając kosmyk włosów i wsuwając go z powrotem pod czapkę.

                - Może ja do niej zadzwonię i się spotkacie? – zaproponował Dylan, spoglądając podejrzliwie na chłopaka.

                - To niepotrzebne, chciałbym jej zrobić niespodziankę. Ze względu na stare, dobre lata…

                Cicho westchnąwszy, Dylan zapisał jej adres na kartce. Mógł mieć jedynie nie nadzieję, że nie wynikną z tego problemy. Hemmings uważnie złożył karteczkę, podziękował za fatygę i tyle go wszyscy widzieli.

                W taksówce całkiem sporo myślał. O tym, co mógłby powiedzieć, jak się wytłumaczyć, jakich słów użyć, żeby zły uczynek wyglądał na dobry. Istniało miliony słów w języku angielskim jednak żadne nie potrafiło oddać bitwy, która toczyła się w głowie Hemmingsa. Gdyby tylko potrafił na chwilę wyłączyć myślenie, a przy okazji uczucia miały przyciski ‘do przodu’, ‘do tyłu’, ‘pauza’, ‘stop’ życie stawałoby się dużo łatwiejsze. Może wtedy nie bałby się ponownie spojrzeć Sydney w oczy, łatwiej byłoby znaleźć w sobie odwagę, żeby wydukać jakieś przeprosiny – za te wszystkie lata, za niewypowiedziane słowa.

                 Kiedy stanął pod drzwiami jej mieszkania wszystkie wymówki uleciały z głowy, wszystkie słowa zostały zapomniane. Napotykając czekoladowe tęczówki Sydney poczuł się przytłoczony, zgnieciony naporem bałaganu, który narobił. Po raz pierwszy poczuł się taki malutki.

                - Skąd masz mój adres, do cholery? – spytała cicho, opierając się o framugę.

                - Czy to takie ważne? Wpuścisz mnie?

                - Nie wiem, czy powinnam. Byłoby lepiej dla nas obojga, gdybyś się tutaj nie pojawiał i chyba zdajesz sobie z tego sprawę…

                - Płakałaś – bardziej stwierdził niż zapytał, widząc, jak ciągle przeciera oczy.

                - To tylko zmęczenie.

                Sydney od zawsze była beznadziejnym kłamcą. W końcu wzruszyła ramionami i gestem zaprosiła go do środka. Poprawiła sweter na chudych ramionach i wbiła w niego oskarżycielskie spojrzenie.

                - Zanim zaczniesz na mnie wrzeszczeć, ewentualnie postanowisz rzucić tale…

                - Chcesz herbaty?

                Sydney zawsze go zaskakiwała i tym razem nie było inaczej. Po prostu była zbyt zrezygnowana, żeby wrzeszczeć. Pozostało jej tylko robić dobrą minę do złej gry i udawać, że było w porządku. Że przecież może zaproponować mu herbatę.

                - Nie jesteś wściekła?

                - Luke, wściekła byłam trzy lata temu. Teraz chciałabym po prostu zrozumieć, wiesz? Zrozumieć dlaczego sobie po prostu wyjechałeś, pozostawiając mnie bez słowa. Zmieniłeś numer, nie zostawiłeś żadnej durnej wiadomości… Nie zasługiwałam na to, Luke?

                Kiedy szatynka przedstawiała to w ten sposób czuł się jeszcze gorzej. W tym czasie Sydney przeszła kurs wyprania z emocji – ukozeńczyła go jako wzorowa uczennica. Oczekiwała odpowiedzi. I wtedy z czystym sercem będzie go mogła wykopać ze swojego życia raz na zawsze.

                Przegryzł dolną wargę, bawiąc się kolczykiem, przy okazji dając sobie chwilę do namysłu. W głowie kotłowało się miliony słów, ale żadne nie były wystarczająco dobre. Żadne nie potrafiły oddać tego, co czuł trzy lata temu zostawiając ją za sobą. Gdyby to wszystko było takie proste, a on nie przywiązałby się do niej do tego stopnia, że jedynym wyjściem okazał się wyjazd bez pożegnania.

                - Pewnie uznasz to za idiotyzm, ale gdybym ci powiedział, nie byłbym w stanie wyjechać. Nie byłbym w stanie cię wtedy zostawić, Sydney. A chłopaki by mi tego nie wybaczyli. Przepraszam, ale sądziłem, że  zerwanie wszystkich kontaktów będzie najlepszym, co mogę zrobić. Kochałem cię tak bardzo, że odcięcie się od ciebie wydawało się jedyną opcją.

                - Kochałeś? – wyszeptała drżącym głosem.

                - A jeśli bym ci powiedział, że nadal kocham cię jak skończony kretyn to cokolwiek by zmieniło?

                Przekroczył linię – to było takie niesprawiedliwe. Zniknął z jej życia na niemalże dwa lata, wrócił ze skruszoną miną, beznadziejną wymówką, a ona i tak nie potrafiła się na niego wściekać. Potrafiła tylko wybuchnąć żałosnym płaczem, kryjąc twarz w dłoniach. O wykreśleniu blondyna z życiorysu nawet nie było mowy. A przyjęcie go z powrotem wcale nie byłoby lepszym posunięciem.

                 - Wyjdź, Luke. Po prostu wyjdź i nigdy więcej nie wracaj do mojego życia – wymamrotała, ocierając łzy rękawem swetra.

                - Sydney…

                - Wyjdź – wrzasnęła, obejmując się ramionami. – Po prostu zniknij mi z oczu.

                Nie wyszedł. Nie zamierzał zrobić tego po raz drugi, nieważne jak bardzo by go odpychała. Niepewnie stawiał kolejne kroki, aż w końcu dziewczyna stała na wyciągnięcie małego palca. Zapłakane oczy Sydney wierciły mu dziurę w żołądku – czasami dobre chęci nie wystarczały, żeby naprawić wyrządzone krzywdy. Zamknąwszy ją w uścisku, chciał, żeby wszystko wróciło do normy. Żeby nie wyzywała go od najgorszych, chcąc się wyrwać. Tym razem to on mógł poczuć to, co ona czuła przed kilkoma laty.

                - Przepraszam, Sydney. Przepraszam, że zniknąłem. Przepraszam, że zmieniłem numer i uciekłem. Porozmawiajmy, proszę.

                - Nie uważasz, że na jakiekolwiek słowa już za późno? O jakieś dwa lata?

                 - Kto mówi o słowach – wymruczał, odnajdując jej wargi.

 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

#3 break your little heart

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

#4 i don't trust myself

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

#5 wherever you are

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

zakończenie

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...
~

You might like jo.'s other books...