| lost things |

 

Tablo reader up chevron

PRELUDE

Luke wertował album, który przypadkiem wpadł mu w ręce, kiedy poszukiwał swojej ulubionej koszulki, a której i tak nie mógł nigdzie znaleźć. Albumu szukał dużo wcześniej, ale nie mogąc go znaleźć w końcu o nim zapomniał. Tak jak o wielu innych rzeczach – o pęku kluczy, o bransoletce, czy też o notatce o Ashtona, która wciąż tkwiła pomięta na dnie szuflady z bielizną. Roztrzepanie blondyna irytowało pozostałych członków zespołu, ale nikt nie potrafił mu powiedzieć tego w twarz.

Na album nie składały się jedynie zdjęcia. Były tam wycinki z gazet, bilety z kina, notatki napisane pięknym pismem, które na pewno nie należało do niego. Nawet bransoletka z muliny. Wszystkie te rzeczy, tak niepozorne na pierwszy rzut oka, przypominały Hemmingsowi o najlepszych momentach jego związku, który zakończył się z rozmachem. A właściwie… Oni ciągle do siebie wracali. A potem rozchodzili. Arizona była wyjątkowa i była tą, którą ciągle gubił w swoim życiu. Tym razem też tak było – znowu ją zgubił. Znowu nie było jej przy nim.

Odnajdując fotografie z początków ich związku, kiedy to wszystko było dużo łatwiejsze przypomniał sobie, jak wiele Ari dla niego znaczyła. I wciąż znaczy.

Niemal machinalnie sięgnął po telefon i wybrał doskonale znany mu numer.

Głos dziewczyny był zachrypnięty, nieco senny. Zapomniał przecież o strefach czasowych. Musiała być pogrążona w śnie od kilku dobrych godzin.

- Przepraszam, że znowu cię zgubiłem.

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

UN

Wszystko zaczęło się podczas majowego weekendu

Arizona znalazła się w Londynie czystym przypadkiem. Potrzebowała odskoczni od monotonnego krajobrazu Stanford, jakimś cudem trafiła na tani bilet i wylądowała w stolicy Wielkiej Brytanii. Kompletnie zagubiona, z niewielką walizeczką, trafiła do hotelu, który oferował porządny pokój i śniadanie za niewielką cenę. Bez zastanowienia wykupiła cztery noclegi. Wtedy zaczęła się jej wielka przygoda. Londyn przerósł jej najśmielsze oczekiwania, wszystko było dla niej całkowicie nowe i musiała przyznać, że miasto kompletnie ją oczarowało. Po całym dniu zwiedzania, Arizona wylądowała w barze niedaleko hotelu. Nawet to miejsce miało swój klimat, tak bardzo odmienny od tego panującego w stanfordzkich barach studenckich.

Nie mogła powiedzieć, że nie zwracała uwagi, bo zwracała i to wielką. Jej wytatuowane przedramiona, widoczne spod podwiniętych rękawów koszuli były chyba główną atrakcją. Ignorując ciekawskie spojrzenia, zasiadła przy barze i zamówiła duże piwo. W Stanach wciąż nie mogłaby tego zrobić. Z jednej strony była wystarczająco dorosła, żeby prowadzić samochód, a z drugiej nie mogła napić się nawet piwa, czy normalnie zapalić. W Europie to wszystko było łatwiejsze.

Nie zauważyła, a może nie chciała zauważyć, chłopaka, który się do niej przysiadł i wręcz pożerał wzrokiem. Była zbyt zajęta gadką z młodym barmanem, liczącym na idiotkę, która sama wskoczy mu do łóżka. Zwróciła uwagę na blondyna dopiero wtedy, kiedy ten postanowił zakwestionować jego wiek, jakże rozczarowanym, gdy chłopak pokazał mu paszport. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziała, że nie należał do niego. Barman wymamrotał kilka słów na temat wyglądu Australijczyków. Doszła do wniosku, że był strasznie blady jak na Australijczyka.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, doszedł do wniosku, że była najpiękniejszą dziewczyną, którą spotkał, a ten deszczowy Londyn wcale nie był taki zły, jaki wydawał się na samym początku.

Nie potrzebowali wielu słów, żeby wylądować w pokoju hotelowym w jednej z najlepszych dzielnic Londynu. Arizona była pod wielkim wrażeniem, że było go na to wszystko stać, ale szczerze mówiąc, miała ciekawsze zajęcia aniżeli obserwowanie widoku za oknem taksówki. Z ich pierwszej, wspólnej nocy pamiętała jedynie miękką pościel, wielkie łóżko i pocałunki. Mnóstwo pocałunków stanowiących niewyczerpywalne źródło przyjemności, a nie tylko kolejny etap prowadzący do zaspokojenia pożądana. I pamiętała, jak nazywał ją księżniczką. I jego dotyk. Wyjątkowy. Pod którym skóra paliła.

źniej dowiedziała się, kim był. Grał w zespole, którego tak naprawdę nie kojarzyła, a w Londynie wylądował ze względu na koncert i sesje nagraniowe. On dowiedział się, że pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i przyjechała się rozerwać przed nadchodzącymi egzaminami. Arizona polubiła Luke’a bardziej, aniżeliby tego chciała. W ciągu czterech dni poznała kogoś, kto pokazał jej prawdziwą radość życia, której ona nie umiała odnaleźć. Lekkość, z jaką podchodził do codzienności, zdradziła jego prawdziwą naturę. Trzeba było przyznać Amerykanka zdawała sobie sprawę, że dla niego mogła być kolejną dziewczyną, którą zaliczył i zapomniał o jej imieniu. Ale w dniu jej wylotu pojawił się na lotnisku. Z szerokim uśmiechem i malutkim pakunkiem. Arizona długo nie mogła się uspokoić te cztery dni były dla niej najpiękniejszym wspomnieniem. Czymś nierealnym. Czymś zaskakującym. I czymś, co długo utrzymywało ją przy życiu.

Dla Luke’a Arizona była wyjątkowa. Może to imię, może to sposób bycia dziewczyny, a może miękkie wargi, których dotyk wciąż odczuwał. A może to jej zachrypnięty głos z rana, kiedy kazała mu się pieprzyć, informując, że ona się nigdzie nie rusza. Brunetka była wszystkim o czym, był w stanie myśleć.

To był jeden z wielu powodów, dla których podczas przerwy w trasie poleciał do Stanów zamiast lecieć z chłopakami do Australii.

Arizona była zaskoczona. Nie sądziła, że to zrobi. Nawet na lotnisku, kiedy szczelnie owinęła się dookoła chłopaka a on do szeptał jej do ucha, jak bardzo za nią tęsknił i że nie mógł przestać o niej myśleć nawet na krótką chwilę.

Lotniska mają to do siebie, że widziały więcej szczerych pocałunków i wyznań niż kościelne ołtarze. Oni sobie obiecali, że nie zapomną i nie pozwolą, żeby to drugie się nie zagubiło. Bóg jeden wiedział, jak często łamali tę obietnicę

- Hood, widziałeś moją czarną bluzę? – krzyknął blondyn, przekopując szafę.

- Nie widziałem. Czarnej koszulki też nie! – odkrzyknął z salonu.

Ich apartament był tak wielki, że mógł ją zostawić dosłownie wszędzie. A mama przypominała mu, żeby pilnował swoich rzeczy podczas trasy. Gubił wszystko – kartę od pokoju, zapasową kartę od pokoju, ubrania, udało mu się przy okazji zgubić trzy parasolki, dwie pary okularów i jednego buta (wciąż nie miał bladego pojęcia, jakim cudem). Telefon zgubił ośmiokrotnie, a operator zaproponował mu ofertę dwóch telefonów, gdzie dostawał trzeci w gratisie.

Jedyną rzeczą, której jeszcze nie zgubił była jedna jedyna bransoletka (nie to, żeby nie gubił pozostałych – bo gubił), którą dostał od Arizony podczas wspólnego tygodnia w czerwcu. Zabawna sprawa, bransoletki nie gubił, a dziewczynę zdarzyło się mu zgubić – nawet kilkukrotnie. W sensie… dziewczyna znikała z jego życia. Mieszkając kilkanaście tysięcy kilometrów od siebie nawet i najlepszym się zdarza.

A przy tym często się kłócili. Arizona nie mogła zrozumieć tego, że przy zespole kręciło się tak wiele dziewczyn, a on nie rozumiał dlaczego nie mogła mieć koleżanek – tylko samych kolegów. Rozumiał, że studia menadżersko-ekonomiczne były typowo męskim kierunkiem, ale przecież pozostawały znajomości międzywydziałowe. Nie podobało mu się to i często ich wymiany zdań kończyły się kilkoma ostrzejszymi słowami, których te drugie wcale nie miało na myśli i… kontakt się urywał. Arizona gubiła się w jego życiorysie niczym ulubiona koszulka. Bo koncerty, bo strefy czasowe, bo jej studia…

Ale nie potrafił z niej zrezygnować. Zawsze ją odnajdywał w swoim życiu. Nie od razu – wpadała z powrotem w momencie, w którym przestawał jej szukać. Dziewczyna z zabawnym amerykańskim akcentem zawsze wracała. A może to on wracał?

- Znalazłeś? – spytał Calum, wchodząc do pokoju Hemmingsa. Ten jedynie pokręcił głową. Był zmuszony się przebrać – po raz kolejny tego dnia.

W błyskawicznym tempie zmienił koszulkę, po raz ostatni przeczesał włosy i chwycił parę okularów. Nowy Jork był wspaniałym miejscem, jeśli chodziło o promocję zespołu, ale wszechogarniające piski i błyski fleszy były nieco ponad jego nerwy.

Dzień zrobiła mu wiadomość od brunetki. Nie mógł przestać się uśmiechać w drodze na wywiad, podczas samego wywiadu i w drodze powrotnej.

„Jestem chora od spędzania kolejnych samotnych nocy w moim wielkim łóżku. Tęsknię za Tobą.”

Obiecał jej, że gdy tylko dostanie dzień wolnego natychmiast do niej przyleci. Wtedy dziewczyna ignorowała wszystkie swoje zajęcia i potrafili spędzić cały dzień w ogromnym łóżku po prostu ciesząc się sobą. A pomyśleć, że nikt nie dawał szansy tej przelotnej znajomości. Nawet oni sami… Nikt się nie spodziewał, że trwająca cztery dni znajomość przerodzi się w coś większego, w coś, co potrafiło przetrwać próbę czasu.

Mając chwilę wolnego czasu po powrocie do hotelu, postanowił wysłać dziewczynie krótką wiadomość. Sam już nie mógł się doczekać dnia, w którym w końcu dane mu będzie ją zobaczyć.

„Już wkrótce…”

Od kiedy byli w niemalże tej samej strefie czasowej (a przynajmniej nie dzieliła ich cała planeta) odpowiedź od Arizony przyszła w tempie ekspresowym.

„Oh, chrzań się z tym swoim wkrótce, Hemmo. Tęsknię!”

„Zauważam celowy zabieg nie użycia ‘pieprz się’ :’(”

Calum jedynie obserwował przyjaciela z kpiarskim uśmieszkiem. Związek z Amerykanką doskonale na niego wpływał, a przy okazji stał się materiałem dwóch świetnych piosenek. Oczywiście miał też swoje minusy – kiedy przypadkiem dochodziło do kolejnych kłótni Hemmings chodził struty i potrafił się do nikogo nie odzywać przez tydzień. Później normalniał, aczkolwiek w jego wypadku na normalność nie było co liczyć.

- Znowu Phoenix? – zakpił Nowozelandczyk, a ten wzruszył ramionami.

Kolejna rzecz, którą rozumiała tylko ta dwójka. Przestał wpieprzać się w ich sprawy w momencie, w którym rozeszli się i zeszli po raz trzeci. Tak samo jak reszta zespołu. To były tylko i wyłącznie sprawy roztrzepanego blondasa, który za uroczą brunetką wręcz szalał.

„Jesteś okropny, Hemmo.”

„Takiego mnie kochasz ;)”

Luke nie zdążył pomyśleć przed wysłaniem tej wiadomości. Ich związek (bardzo krótki), jakkolwiek dobrze by nie było, nigdy nie owocował w zbyt częste wyznania miłości. Te można było policzyć na palcach jednej ręki… właściwie to on często jej to powtarzał, czasami jak mantrę, ale ona… miała z tym problem. Zawsze spoglądała na niego spłoszona tymi swoimi wielkimi czarnymi oczami, które zbyt często podkreślone były czarną kredką, co było kolejnym paradoksem. Arizona pomimo swoich dziewiętnastu lat wciąż wyglądała na czternaście, ewentualnie piętnaście lat i przy Hemmingsie, który swoją drogą był od niej o rok młodszy wyglądała raczej jak młodsza siostra, a nie dziewczyna, a przy okazji poważna studentka.

Ale wracając do uczuć – Luke często kwestionował, czy Arizona czuła do niego cokolwiek więcej poza zwyczajnym przywiązaniem. Jednak zdążył ją poznać tak dobrze, że wiedział o problemach dziewczyny z wcześniejszych lat i jaki był tego wszystkiego powód.

Dlatego był mile zaskoczony, kiedy w końcu dostał odpowiedź.

„Chyba nie mam innego wyjścia ;)”

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...
~

You might like jo.'s other books...