false lights

 

Tablo reader up chevron

blurb;

❝have you had a million reasons why you wish you'd never seen the truth?❞

 

 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

prolog

Rząd cyferek ukazujący się na ekranie miał dla niej kluczowe znaczenie. Zostało jej niewiele czasu, zanim odkryją adres, a bez tej kombinacji równie dobrze mogła być już martwa.

Spróbowała ponownie. Tym razem wpisując zupełnie inne cyfry. Palce przesuwały się po klawiaturze z prędkością światła.

Niedostępny.

Kolejna próba.

Niedostępny.

Kropelki zimnego potu spływały po jej plecach, a dłonie trzęsły się coraz bardziej. Z każdą kolejną sekundą oddech stawał się coraz płytszy, a serce biło coraz szybciej. Musiała mieć te cholerne informacje! Bez nich była martwa.

Kolejna kombinacja.

Sekundy umykały. Zdawało się, że to był wyścig z czasem, który z jej pozycji był z góry przegrany. Już mogła zmawiać modlitwę. Bo jeśli nie zostanie z zimną krwią zamordowana to spędzi w więzieniu resztę życia. Wpisała kolejne cyfry szybciej niż zdążyła nawet o tym pomyśleć.

Komputer przetwarzał wpisywane informacje, a ona rozpoczęła cichą modlitwę. To było jedyne, co jej pozostało. Czas mijał, a ona tkwiła w miejscu.

Dopóki na ekranie komputera nie zaświecił zielony napis, a ona mogła odłączyć dysk. Wypuściła powietrze z ust z cichym świstem.

Dostęp uzyskany.

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

0.1

Jeśli ktokolwiek powiedziałby Evelyn Curtis, że będzie wynosić się ze słonecznego Los Angeles szybciej niż się tam pojawiła, zaśmiałaby mu się prosto w twarz. Polubiła to miejsce, ale wiadomość o tym, że Federalni siedzą jej na karku doprowadziła do tego, że walizka zapełniła się ubraniami w przeciągu dwudziestu minut, a w przeciągu kolejnej godziny miała zabukowany bilet na najbliższy samolot na drugi kraniec Stanów Zjednoczonych, a konkretniej mówiąc – do Nowego Orleanu. Słyszała, że to piękne miejsce, aczkolwiek nie była do niego przekonana. W ostatniej chwili odrzuciła Detroit.

Już jako Elizabeth Cameron przeszła przez bramkę odpraw i z utęsknieniem spojrzała na rozciągającą się panoramę słonecznego Los Angeles. Znowu uciekała. Znowu sprawiła o jeden problem za dużo. Policja będzie niemile zaskoczona nie znajdując jej pod danym adresem. A ona będzie spokojnie przemieszczała się pod innym nazwiskiem do odległego o prawie dwa tysiące mil miasta.

Czas zacząć życie od nowa.

Policja poszukiwała krótko ostrzyżonej blondynki na terenie Kalifornii, rozsyłając list gończy do pozostałych stanów – kobieta znowu z nich zadrwiła, znowu wymknęła się z ich sideł w momencie, w którym wydawać by się mogło, że już mieli ją w garści. Najpierw siała pustoszenie wśród serwerów najlepszych firm, a potem znikała. Była niczym aktorka – grała im na nosach, jawnie z nich drwiła, by później rozpłynąć się w powietrzu. I poszukiwanie zaczynało się od nowa…

Luizjana, znajdująca się na trzydziestym pierwszym miejscu jeśli chodziło o wielkość, położona była nad Zatoką Meksykańską, a co więcej była stanem regularnie zalewanym i nawiedzanym przez wszelkie katastrofy – huragan Katrina, który spustoszył niemal cały Nowy Orlean, a także wyciek ropy naftowej doprowadziły do tego, że stan nigdy nie był w stanie odbudować się w całości.

I nikt nie spodziewał się, że długowłosa szatynka spacerująca uliczkami Nowego Orleanu okaże się wrogiem publicznym numer jeden – najpilniej poszukiwaną hakerką, ściganą także listem gończym Interpolu. Wedle założenia, nie powinna znaleźć bezpiecznego miejsca. Problem tkwił w poszukiwanej osobie – organy ścigania były pewne, że szukają Evelyn Curtis, a sęk w tym, że taka osoba nigdy nie istniała, a była jedynie tworem wyobraźni kolegi po fachu.

Nikt by nie uwierzył, że miała zaledwie dwadzieścia trzy lata, co oczywiście powtarzała przyjacielowi – ten obstawał przy swoim i tym samym stała się zupełnie nową osobowością.

Jeśli chodziło o dalsze egzystowanie w nowym miejscu, pozostawała tylko jedna ważna kwestia – mieszkanie. Bądź, co bądź, pomimo tego, że hotel był wspaniały, a fundusz zapewniany przez pracodawcę niewyczerpywalny, to była niesamowicie męcząca sprawa. Potrzebowała własnego kąta do uporządkowania sobie życia, chociaż na tą krótką chwilę. Każdego kolejnego dnia sprawdzała oferty, aż w końcu pojawiła się jedna jedyna, która przykuła wzrok. Niewielkie mieszkanko w jednej ze starszych kamienic. Niedawno przebyło gruntowny remont. Umeblowane. Nie zwlekała zbyt długo, gdyż cena była zbyt korzystna jak na taką szansę. To było to, czego szukała. Znajdowało się kilka przecznic od brzegu jeziora Pontchartrain, a także niedaleko nowoorleańskiego parku. Natychmiast porzuciła hotel na rzecz tego niewielkiego, ale jakże urokliwego miejsca.

Dotychczasowy dobytek dziewczyny był niewielki. Szkatułka wypełniona fałszywymi dokumentami, a także tym jedynym prawdziwym paszportem, laptop, który był nieodłącznym od niemalże trzech lat. I także niewielki album ze zdjęciami, który zajmował bardzo ważne miejsce w sercu szatynki. Może jeszcze kilka szmatek, które zazwyczaj zmieniała z każdym, nowym miejscem zamieszkania.

Dokument, z którego korzystała przedstawiał dwudziestotrzyletnią kobietę urodzoną w Galway w Irlandii. Elizabeth Selena Cameron.

Zabawny fakt – osoba o takim imieniu nigdy się nie urodziła. A już na pewno nie w Galway w Irlandii. Jednakowoż Luke zawsze potrafił umiejętnie spreparować dokumenty i dopisać do tego odpowiednie akta.

Kiedy było się jedną z osób, która znajdowała się na czele poszukiwanych przez Federalnych, były one nadzwyczaj przydatne. Nie. Nie zamordowała nikogo, ani nikogo nie porwała, nie była tez powiązana z organizacjami terrorystycznymi. Nie obrabowała także żadnego banku. Po prostu posiadała umiejętności, które w połączeniu z wymaganiami pracodawcy, były bardzo niebezpieczne dla bezpieczeństwa wewnętrznego naszego kraju.

Była najbardziej utalentowaną, a właściwie takim mianem okrzyknął ją New York Times, hakerką. Potrafiła włamać się do serwerów Pentagonu, chociaż kosztowało ją to sporo tabletek na uspokojenie. Złamanie tych zabezpieczeń to chyba największy sukces dwudziestoparolatki. Nie chwaląc się innymi, równie udanymi akcjami. Biały Dom, serwis Microsoftu i Google. Mało kto dawał wiarę, że mogła tego dokonać kobieta i przy tym pozostawała nieuchwytna przez ponad dwa lata.

Zawdzięczała to głównie temu, że miała za sobą sztab ludzi, którzy zrobiliby dla niej wszystko. A dokumenty, które im udostępniała sprzedawali za bajońskie sumy. Oczywiście z których drobne procenty skapywały jej w udziale.

Nigdy nie chciała się mieszać do dużej polityki, ale chcąc nie chcąc i tak została w to wplątana.

Potrzebowała pieniędzy. Jej rodzina ich potrzebowała. To była jedyna rzecz, która jej przyświecała. Nie liczyło się nic innego. To rodzina była najważniejsza i za każdym razem, kiedy włamywała się do jednej z ośrodków władzy Stanów Zjednoczonych, powtarzała sobie to niczym mantrę. W końcu w to uwierzyła. W końcu poczucie winy przestało zżerać ją od środka.

Z drugiej strony, miała nad sobą ludzi, którzy mieli na swoim koncie dużo więcej występków niż ona kiedykolwiek będzie w stanie mieć. Plamili sobie ręce krwią, sprzedawali tajemnice ojczyzny i mieli rozległą sieć kontaktów, sięgającą nawet Bliskiego Wschodu. Nie była do końca pewna do czego byli zdolni, ale gdyby tylko spróbowała zdezerterować, znaleźliby ją szybciej, niż działa przesyłka danych w internecie. Strach o rodzinę, a w pewnym stopniu także o własny tyłek, sprawiły, że tkwiła po uszy w wielkim gównie. Jednak nie było innego wyjścia, jak tylko brnąć w to wszystko dalej.

Velasco zatrudniał najlepszych w swoim fachu. Była to chyba najbardziej rozbudowana sieć szpiegowska w całych Stanach. Jakim cudem udało jej się w to wszystko wplątać?

Jak każdy z nas, miała swój American Dream. Tylko, że jej sen nie ziścił się tak, jakby tego oczekiwała. Pieniądze, które miała szybko się wyczerpały, a czas naglił. Dostawała się na staże, jednak nigdzie nie mogła zagościć na dłużej. Nie była pewna, jakim cudem Velasco o niej usłyszał. Nie wie, jakim cudem dowiedział się o jej ponadprzeciętnych umiejętnościach. Tak samo, jak nie wiedziała jakim cudem mężczyzna pojawił się na progu skromnego mieszkania w Chicago. Oferował piękne rzeczy. Pieniądze, stałość, opiekę, a także wiele innych rzeczy. Była młoda, głupia, naiwna, a zresztą… Kto by nie uległ tak pięknym słowom? No właśnie… Była jak naiwna rybka, która połknęła haczyk. I wplątała się w coś, z czego nie było wyjścia, co doprowadziło ją do Nowego Orleanu.

Cierpliwe oczekując na kolejne zlecenie…

Mężczyzna spędzał jedno z niewielu słonecznych popołudni na jednym z nowoorleańskich cmentarzy. Ignorując ostrzeżenia, żeby nie pojawiać się na nim samotnie, przyglądał się pozłacanym literom na kamieniu nagrobnym. Ręce wcisnął w kieszenie kurtki i cicho westchnął. Za każdym razem, kiedy tu przychodził poczucie winy rosło. Gdyby mógł cofnąć czas, powiedzieć mu, żeby się zatrzymał, żeby nie szedł... Harry wciąż by tutaj był, a on nie zostałby odesłany na emeryturę mając dwadzieścia sześć lat.

Silniejszy podmuch wiatru przywiódł ze sobą chłodne powietrze, przez co był zmuszony mocniej opatulić się kurtką. Rzucił po raz ostatni okiem na płytę nagrobka, na zdjęcie uśmiechniętego chłopaczka, który miał przed sobą całe życie, a które zostało mu brutalnie odebrane i ruszył przed siebie. Pomimo słońca, panującego na nieboskłonie czuł, że pogoda diametralnie się zmieni i chciał zdążyć do domu przed nadchodzącą ulewą, która nie była niczym nowym w mieście jazzu.

Miasto tętniło życiem. Z barów dobywała się głośna muzyka, która mieszała się z odgłosami tramwajów i samochodów. W powietrzu unosił się zapach wody wymieszany z przysmakami podawanymi w pobliskich restauracjach. Mieszkał w Nowym Orleanie niemal dwadzieścia lat i wciąż nie potrafił przywyknąć do tego, że dookoła unosiła się muzyka. Ludzie, którzy wychodzili z instrumentami na ulicę i przygrywali piękne melodie. Nie były to gitary, nic z tych rzeczy - na nowoorleańskich ulicach dozwolone były jedynie saksofony, akordeony czy inne, równie niebanalne instrumenty, kojarzące się z jazzem.

Skoczył po drodze do piekarni, by zaopatrzyć się w ciepłe bułki na kolację. Kobieta za ladą zawsze znajdowała dla niego uśmiech i ulubione rogaliki z nadzieniem toffi. W końcu mógł wrócić do ciepłego mieszkania w jednej ze starszych kamienic. Nade wszystko uwielbiał spacerować starszymi uliczkami miasta, często podniszczonymi przez katastrofy, które nawiedzały Nowy Orlean. Wielokrotnie zalewane, a także w dużej mierze zniszczone przez huragan Katrinę. Za każdym razem skrupulatnie odbudowywane i odnawiane. Miasto, przynajmniej w mniemaniu mężczyzny, posiadało zdecydowanie więcej uroku aniżeli dwie największe aglomeracje, do których ciągnęły tłumy ludzi.

Z kieszeni kurtki wyciągnął malutki pęk kluczy i dostał się do wnętrza kamienicy. Pomimo, że czynsz nie był wysoki, to budynek był regularnie odrestaurowywany i mieszkańcy nie mogli narzekać na jego stan. Jemu odpowiadał taki stan rzeczy. Jeden z apartamentów był wolny, a następne zamieszkiwali ludzie, którzy byli dobrze po sześćdziesiątce. Nikt nie interesował się jego osobą i nie zadawał zbyt wielu pytań.

Czas w jego wypadku, ani nie uleczył ran, ani nie przyzwyczaił do bólu.

Jednak tym razem, w momencie w którym wszedł do kamienicy, coś się zmieniło. Z pustego mieszkania, które znajdowało się naprzeciw jego, dochodziły odgłosy krzątaniny a później głośnej muzyki. To było więcej niż dziwne. Ten lokal był niezamieszkany przez ostatni miesiąc. I nagle ktoś się w nim pojawił. Westchnął i wszedł do swojego mieszkania. Zamknąwszy za sobą drzwi przestał słyszeć muzykę i jego życie chociaż na chwilę wróciło do porządku dziennego.

Nie wiedział, że nadchodzi burza, huragan gorszy od Katriny, która zmiecie jego porządek z powierzchni ziemi.

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...
~

You might like jo.'s other books...