| lost in stereo |

 

Tablo reader up chevron

PIERWSZY

West End College był jedną z najbardziej szanujących się szkół średnich w całym Londynie. Jako jedyni oferowali zajęcia indywidualnie wybrane przez ucznia, oczywiście zachowując pewne podstawy. Jako jedyna szkoła oferowali sześć języków obcych i zajęcia przygotowane pod uczniów wiedzących, co chcą robić w życiu. Uczęszczanie do tej szkoły było zaszczytem, który przypadkiem mnie kopnął. I to wcale nie dlatego, że moja ciotka była tam sekretarką i w odpowiednim momencie położyła moje podanie na biurku dyrektorki.

Tym samym mogłam uczęszczać do szkoły, która dawała mi jak najlepsze rokowania na przyszłość. I wcale nie kosztowała mnie dojeżdżania na drugi koniec miasta. A dojeżdżanie na drugi koniec miasta, nawet przy średnim natężeniu ruchu było cholernie trudne i długie. Piętnaście minut spędzone w metrze zawsze się przydawało na powtórzenie ewentualnego materiału na trygonometrię, której nigdy nie mogłam rozgryźć, a na której znalazłam się przez całkowity przypadek. Właściwie… Byłam cholernym śpiochem i zaspałam na zapisy, dlatego moja najlepsza przyjaciółka – Aisha postanowiła lekko ze mnie zakpić. No i wyszło, jak wyszło. Na lekcje chodziłam przerażona ewentualnymi pytaniami pana Hutchersona, który wcale nie traktował nas ulgowo, pomimo iż byliśmy kompletnymi matołami.

Reasumując, West End College to najlepsza rzecz, która mogła mi się przytrafić. Ale także najgorsza.

Mieszkałam w Londynie od ośmiu lat i wciąż nie byłam w stanie przyzwyczaić się do zatłoczonego metra. O godzinie ósmej trzydzieści dwa odjechałam z mojej stacji i przez piętnaście minut byłam zmuszona przebywać w towarzystwie mężczyzny, który cierpiał na chroniczny katar i przypadkiem opluł mi książkę od angielskiego. Wydałam z siebie cichy gardłowy pomruk i przetarłam ją rękawem kurtki. Drugą ręką pogłośniłam muzykę płynącą ze słuchawek i skupiłam się na czasach elżbietańskich i tamtejszej literaturze. I tak przez piętnaście minut. W końcu wypadłam z metra i skierowałam się do szkoły, po drodze wstępując do kawiarenki i odbierając moje zamówienie. Z kubkiem ciepłej espresso, szczelnie opatulona kurtką brnęłam przez uliczkę, by za jej zakrętem dojrzeć placówkę szkolną. Uczniowie wsypywali się do niej masowo, aż w końcu sama dołączyłam do tego tłumu. Zdążyłam dotrzeć do szafki, zostawić w niej kurtkę i wziąć zeszyt od angielskiego, zostawiając w niej plecak.

Do klasy wpadłam jako ostatnia. Nic nowego. Zaraz za mną weszła pani Jenkinson i zaczęła lekcję, nie czekając aż zajmę miejsce. Westchnęłam cicho i od razu dojrzałam zgniecioną karteczkę na swojej ławce.

Mamy przejebane na historii literatury – A. x

Spojrzałam na brunetkę, siedzącą w ławce obok mojej. Jej mina nie wróżyła nic dobrego.

Co masz na myśli?’ nabazgrałam szybko i odrzuciłam na jej ławkę. Pani Jenkinson nie tolerowała nawet najcichszej rozmowy, ale lekko ślepawa nauczycielka nie miała nic przeciwko karteczkom, które uczniowie regularnie sobie przekazywali.

Tak, że podobno udupiła połowę, do tego stopnia, że Twoja trygonometria to przy tym pikuś

Po prostu, kuźwa, wspaniale. Aisha była niesamowitą farciarą, trafiła na zarządzanie marketingowe. Była ostatnią osobą na liście, czego jej cholernie zazdrościłam. Ja przez moją miłość do mojego łóżka spóźniłam się na zapisy i została mi do wyboru trygonometria albo ochrona środowiska. Jakkolwiek kocham słodkie zwierzątka, tak nie widziało mi się zbieranie śmieci i te całe przywiązywanie się do drzew, co nasi zapaleni ekolodzy często robili.

Wzięłam głęboki oddech i próbowałam skupić się na wykładzie nauczycielki, kątem oka zerkając na to, co robiła moja przyjaciółka. Coś było nie w porządku, ale nie mogłam rozgryźć co. Dopóki mnie nie oświeciło.

Skąd Ty masz okulary?!

Kupiłam w sklepie. Zazwyczaj stamtąd bierze się okulary…

Uhm… Mam na myśli… Jesteś ślepa?

Jakaś Ty kochana z rana.

Obydwie cicho zachichotałyśmy. Lekcja minęła bardzo szybko, dlatego zaskoczył mnie odgłos dzwonka. Potem zdałam sobie sprawę, że musiałam odpłynąć, co zdarzało mi się dosyć często. Ale na angielskim to było bardziej niż normalne.

- Charlton, nie zdamy, jak twoją babcię kocham – jęknęła zdesperowana Aisha, kiedy opuściłyśmy klasę. Wywróciłam teatralnie oczyma.

- Daj spokój, to tylko historia, co nam może zrobić – odburknęłam, zostawiając dziewczynę przy jej szafce, a sama podeszłam do swojej.

Książka od historii literatury była największą, którą posiadałam i rzadko kiedy zabierałam ją z szafki, lepiej jednak nie było kusić losu. Chwilę później dołączyłam do przyjaciółki i rozmawiając o przyziemnych sprawach, takich jak bal jesienny weszłyśmy do klasy. Zanim jednak moją uwagę przykuła kartka, wisząca przy pracowni muzycznej.

- Czy ty to widzisz, Clifford? – powiedziałam, wpatrując się w kartkę niczym zaczarowana.

- Otwierają radiowęzeł? A to nowość.

- Twój entuzjazm mnie zabija, żuczku – mruknęłam, chwytając kartkę. Dziewczyna wzruszyła ramionami i obydwie weszłyśmy do klasy.

Nauczycielki wciąż nie było, dlatego spokojnie zdążyłam rozważyć wszystkie za i przeciw dołączenia do zajęć radiowych. Więcej było za, dlatego schowałam kartkę do książki i skupiłam się na tym, co mówiła do mnie Aisha. Powtarzała materiał, a ja byłam typowym słuchowcem, dlatego więcej wyniosłam z jej pięciominutowej gadki, aniżeli czytając podręcznik przez cały wczorajszy wieczór.

Wraz z wejściem pani Woods w klasie ucichły wszystkie szepty. Zdawali się być przerażeni, a ja z uciechą odkryłam brak jednego z uczniów. Jeśli jeszcze postanowi tu przyjść to prawdopodobnie nauczycielka znajdzie sobie ofiarę. A jeśli nie… powinniśmy zacząć się bać.

Lekcja zaczęła się normalnie, ale jakieś niemiłe ciążenie na żołądku nie dawało mi spokoju. Zazwyczaj promienna i uśmiechnięta nauczycielka, została podmieniona na zasępioną i gotową zabić kogokolwiek, kto będzie na tyle odważny, żeby się postawić. Sprawdziła obecność, oczywiście nie mogąc darować sobie kilku uszczypliwych komentarzy. Pochyliłam głowę nad książką, chcąc przypomnieć sobie szczegóły, kiedy do klasy wpadł zdyszany chłopak. Ups.

- Panie Hemmings. Spóźniony jak zwykle. Wiesz co… nawet nie musisz siadać – powiedziała, uśmiechając się złośliwie.

Biedny Luke.

W jego błękitnych oczach dostrzegałam przerażenie. Trafił tutaj z tego samego względu, co ja na trygonometrię. A teraz, kiedy nauczycielka mierzyła go wzrokiem znad okularów połówek, zrobiło mi się go naprawdę szkoda. Doskonale wiedziałam, co mogę zrobić. Oczywiście kosztowało to chwilę pomyślunku i odpowiedniego usadowienia się na krześle tak, by zwrócić uwagę Luke’a ale nie pani Woods. Udało mi się to osiągnąć i chłopak zdawał się być zdezorientowany, ale chwilę później załapał moje intencje. Chyba…

Poszło szybko. I nauczycielka była trochę bardziej niż zaskoczona faktem, że Luke odpowiedział na wszystkie jej pytania. Była zmuszona wstawić mu A, dzięki czemu blondyn odetchnął z ulgą i zajął swoje miejsce.

Chwilę później na mojej ławce pojawiła się zgnieciona kartka papieru. Aisha przyglądała się całemu wydarzeniu z uniesioną brwią i kpiącym uśmieszkiem wymalowanym na skrytych pod czerwoną szminką wargach. Wywróciłam teatralnie oczami i rozprostowałam karteczkę.

‘Dziękuję. x’

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

DRUGI

Każdy człowiek ma jakieś dziwne nawyki. Są tacy, którzy nerwowo poprawiają włosy, kiedy tylko nadarzy się okazja, są tacy, którzy nakładają na usta tony błyszczyku, tłumacząc to faktem, że nigdy nie będą wiedzieli, kiedy nadarzy się okazja do pocałowania jakiegoś przystojniaka (tak, mam tu na myśli Aishę. Tylko ona mogłaby być taka dziwna), ale są też ludzie, którzy nigdy nie chwycą z półki pierwszego opakowania, tylko sięgną po drugie (jak moja sąsiadka. Wychodzi z założenia, że te pierwsze zostały wymacane, wywąchane i jest to dla niej obrzydliwe. Dziwna kobieta), no i są też ludzie, którzy śpiewają pod prysznicem, bo sprawia im to niesamowitą frajdę. Są też tacy, którzy wręcz lubują się w strzelaniu długopisami, co doprowadza większość nauczycieli (i nie tylko, wierzcie mi) do szewskiej pasji. I jestem też ja.

Nie żuję nałogowo gumy, nie strzelam z długopisów, ani nie nucę hitów z lat osiemdziesiątych. Wydaję się bardzo normalną osobą. Jednak jest pewna taka mała rzecz. Od małego kolekcjonuję płyty. Znaczy się… Nie takie zwykłe płyty, tylko takie, które sama złożę. Tworzę swoje własne składanki, odpalam na płytkę i chowam w szafce szkolnej z nadzieją, że kiedyś ją otworzę i będę mogła przedstawić je światu. I to był właśnie taki dzień. To był mój czas, żeby zaświecić jaśniej niż Edward Cullen na plaży w Copacabanie.

Wybrałam najładniejsze ubrania, jakie miałam w szafie (t-shirt i jeansy, nie spodziewajcie się za dużo…), kilkanaście razy sprawdziłam, czy makijaż jest na miejscu i ruszyłam do pomieszczenia znajdującego się pomiędzy salą gimnastyczną, a pracownią chemiczną.

Otworzyłam drzwi i nagle uderzyła we mnie fala kurzu i gorąca. Niezrażona weszłam do pomieszczenia, w którym śmierdziało naftaliną, zdechłym szczurem i spoconą skarpetą. Nie mogąc powstrzymać kolejnych napadów kaszlu, chciałam się wycofać, jednak przede mną wyrosła postać przerastająca mnie o głowę. Poklepał mnie po plecach, przez co odkaszlnęłam resztę kurzu i dopiero wtedy byłam w stanie odzyskać trzeźwość myślenia. O ile można było jakąkolwiek trzeźwość w takim smrodzie zachować.

- Wybacz, jeszcze nie zdążyłem posprzątać – wyjaśnił mężczyzna.

- Uhm, idzie przywyknąć. Są tu jakieś maski gazowe? – spytałam, starając się zasłonić twarz bluzą. Zamiast przyzwyczajać się do zapachu, panującego w pomieszczeniu, czułam się coraz bardziej osłabiona. I moje oczy właśnie zaczęły łzawić.

Miałam nieodparte wrażenie, że w tym miejscu zamiast lśnić nabawię się ciężkiej choroby płuc. Nie odrywając bluzy od nosa i ust, rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było niewielkie – znajdowało się w nim jedynie biurko i trzy krzesła. Byłam zaskoczona faktem, że poza (prawdopodobnym) opiekunem, byłam jedyną osobą, która się zgłosiła. Cóż… Więcej dla mnie. Zarówno blasku, jak i choroby płuc.

Po dwudziestu minutach intensywnego wietrzenia, pomieszczenie stało się zdatne do przebywania w nim bez żadnych efektów ubocznych. Tym samym zajęłam miejsce przy biurku i przyjrzałam się maszynie, która wyglądała na całkiem staromodną, a którą także pokryła gruba warstwa kurzu.

- Wiem, że jeszcze nie jest idealnie, ale wchodząc wczoraj do tej sali, myślałem o zamówieniu ekipy specjalnej – powiedział, drapiąc się po głowie. – My się jeszcze nie znamy. Jestem Jeremy, głównie to uczę tu muzyki, ale broń boże, nie waż się do mnie mówić panie profesorze. Po prostu Jeremy.

- Jasne, Jeremy – odparłam, wzruszając ramionami.

Później dowiedziałam się, że to był dziwny nawyk Jeremy’ego. Nienawidził, kiedy ktokolwiek go tytułował. Był po prostu Jeremym, który był najwspanialszym i najbardziej wyrozumiałym facetem na świecie.

- Skoro jesteś tu sama… Myślisz, że jest sens? – spytał, siadając naprzeciwko. Wszędzie było mnóstwo kurzu, pomieszczenie wymagało gruntownego odświeżenia, ale… Czułam, ze to wszystko będzie służyło czemuś większemu, dlatego przytaknęłam, posyłając mu promienny uśmiech.

- Poza tym, że będziemy potrzebowali masek gazowych, myślę, że będzie świetnie!

Później przegadaliśmy długie dwie godziny lekcyjne. Tłumaczył mi, jak co działa, jak właściwie podłączyć konsoletę i mikrofon. Pokazał mi resztę sprzętu, z którego mogłam do woli korzystać. Zrobiliśmy też małą wycieczkę po szkole, żeby upewnić się, czy aby na pewno wszystkie głośniki działają. Posprzątaliśmy salę, która nareszcie zaczęła przypominać szkolne pomieszczenie aniżeli zapuszczoną i opuszczoną piwnicę. Znalazła się malutka szafeczka, w której mogłam składować wszystkie swoje składanki, nie musząc ich dłużej trzymać w szafce, bo było to uciążliwe, gdyż nigdy nie miałam w niej miejsca. Może i jeszcze nie byłam przekonana do tego pomysłu w stu procentach, ale wiedziałam, że coś z tego na pewno wyjdzie.

- Wydaje mi się, że to koniec naszej pracy na dzisiaj. Do zobaczenia jutro o siódmej trzydzieści. Nie spóźnij się – rzucił, kiedy zaczęłam zbierać swoje rzeczy.

- Nigdy się nie spóźniam – odpowiedziałam beztrosko i wybiegłam ze szkoły. Nie to, żebym specjalnie się śpieszyła, ale miałam pięć minut do odjazdu metra, a byłam zbyt leniwa, by czekać na nie kolejne kilka (ewentualnie kilkanaście) minut.

Na stację dotarłam zdyszana, zmęczona i byłam gotowa wypluć płuca, jednak do metra weszłam na chwilę przed tym, jak drzwi się zatrzasnęły. Wypuszczając powietrze z ulgą, zajęłam miejsce obok starszej kobiety z małym psem, który zrobił się podejrzanie agresywny, w momencie w którym usiadłam obok. Nastroszył sierść, wystawił zęby i wydawał z siebie kolejne gardłowe pomruki. Wspaniale, w moim życiu brakowało jeszcze chihuahua’y ze wścieklizną.

Starając się ignorować psa, wsadziłam słuchawki w uszy i włączyłam playlistę w momencie, w którym skończyła się rano. Spod przymkniętych powiek obserwowałam ludzi, co ostatnio stało się moim ulubionym zajęciem. Z ludzkich zachowań można było wiele wywnioskować. Wystarczą zwykłe odruchy warunkowe, żeby stwierdzić, czy dana osoba jest nerwowa, czy raczej podchodzi do wszystkiego ze stoickim spokojem. Sama należałam do tej pierwszej grupy – łatwo można było wprawić mnie w zdenerwowanie. I często nie odpowiadałam za swoje odruchy. Krzyczałam, rzucałam, drapałam. Zostawiałam blizny…

Kiedy wysiadłam na swojej stacji, opatuliłam się mocniej kurtką, gdyż nieprzyjemny wiatr dostawał się w każdy odsłonięty kawałek skóry. W myślach analizowałam miniony tydzień. Otwarcie radiowęzła szkolnego, to, jak pomogłam temu chłopakowi na historii literatury, bodajże miał na imię Luke… Tak, Luke. Chwilę po lekcji złapał mnie, pytając w jaki sposób może się odwdzięczyć. Nie odpowiedziałam, bo w sumie… Dlaczego miałby to robić? Zrobiłam to z dobroci mojego serca, nie chcąc, aby dostał złą ocenę. Wzruszyłam ramionami i poszłam w swoją stronę.

Purdy Street jak zwykle tętniła życiem. Dzieciaki wróciły ze szkół i bawiły się na ulicy w klasy. Przyjemny widok, szczególnie w dobie internetu. Obserwowałam ich przez chwilę, po czym zniknęłam za białymi drzwiami domku z żółtej cegły. W tej okolicy wszystkie domy wyglądały tak samo – żółta cegła, białe domy, staromodne okiennice z doniczkami pełnymi kolorowych kwiatów, które w lecie przyciągały mnóstwo znienawidzonych przeze mnie owadów.

- Sydney, czemu wróciłaś tak późno? – Z kuchni wyłoniła się postać mojej mamy, z przewieszoną przez ramię szmatką.

- Miałam zajęcia dodatkowe, zapomniałam napisać. Przepraszam – wybąkałam, zostawiając plecak na szafce.

- Zostawiłam ci obiad na kuchence. Odgrzej sobie. I pamiętaj, że obiecałaś Lei, że pójdziesz na jej przedstawienie.

Witajcie w rodzinie Charltonów.

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

TRZECI

Powiedzenie, że szkoła dla Luke’a Hemmingsa jest niepotrzebnym wynalazkiem, nie było przesadą. Luke nienawidził wszystkiego, co było związane z tą placówką, uważając, że jedynie marnuje w niej czas. Za warte uwagi uważał jedynie algebrę i muzykę. Cała reszta, a w szczególności historia literatury, były marnotrawstwem.

Jednakowoż nauczycielka tego przedmiotu nie podzielała jego zdania i udało mu się uniknąć najniższej oceny tylko dzięki dobroci jednej z koleżanek, która postanowiła mu podsunąć odpowiedzi na każde z pytań zadanych przez panią Woods. Co to w ogóle za tradycja pytania z takiego przedmiotu? Nawet nie zdążył dziewczynie podziękować, bo ta biegła w drugą stronę. Krzyknęła jedynie, że nie ma za co dziękować i tyle ją widział. Doszedł jeszcze do wniosku, że powinien zwracać na nią większa uwagę, bo była całkowicie w jego typie.

Pomijając uroczą koleżankę, której imienia nie umiał sobie przypomnieć, a wracając do tematu szkolnego... Szkoła to kompletna bzdura. A on w momencie, w którym dostał plan lekcji, bo oczywiście zaspał na zapisy, nie wiedział, czy ma się zacząć psychopatycznie śmiać, czy gorzko zapłakać. Calum postanowił sobie zakpić z jego miłości do własnego łóżka i faktu, że zaspał na zapisy. Wybrał mu najwspanialszy zestaw przedmiotów, jaki tylko mógł. Filozofia, teatr niezależny, hiszpański (chociaż tego przyjacielowi nie miał za złe – koleżanki z hiszpańskiego były całkiem niczego sobie). Oczywiście zapisał go też na kilka normalnych przedmiotów takich jak muzyka, czy trygonometria. Jednak najbardziej miał za złe Hoodowi historię literatury. I dlatego uważał, że szkoła była wymysłem szatana. A jego przyjaciele go nienawidzą.

Szkołę opuścił, wraz z niedobitkami uczniów i wcale nie skierował się w stronę swojego domu. Dziękował w duchu, że jego przyjaciel mieszkał w pobliżu szkoły, bo gdyby miał dostać się z gitarą na drugi koniec Londynu, wcale nie byłby taki rozanielony. Minął cztery przecznice i dotarł do niewielkiego, piętrowego domku z czerwonej cegły. Calum jako jedyny nie mieszkał w kamienicy i nie posiadał irytujących sąsiadów, dlatego mogli ćwiczyć w jego garażu do bólu. Nieważne, czy był to ból głowy matki chłopaka, czy uszu jego ojca. Dzięki tym próbom stawali się coraz lepsi i mogli od czasu do czasu wyjść na ulicę i zagrać. Ewentualnie pobawić się w konkursie talentów, które często były organizowane w ich szkole.

- Hemmings, jak zwykle spóźniony – zakpił jego przyjaciel, który zdążył zasłyszeć o wpadce blondyna na historii literatury. Ten wywrócił teatralnie oczyma – miał ten gest wyćwiczony z zajęć teatru niezależnego.

Swoją drogą, od kiedy w szkole średniej są zajęcia z teatru niezależnego? Co za idiotyzm.

- Zamknij się, Calum, bo to twoja wina – syknął, otwierając futerał.

- Musisz zacząć chodzić spać o normalnych porach, zamiast szwendać się po nocach po mieście.

- Trujesz gorzej od mojej matki.

- Ktoś musi.

Luke skwitował to cichym westchnieniem, po czym zabrał się do strojenia gitary. Jeremy pokazał mu ostatnio kilka nowych akordów, które bardzo mu się spodobały, a które pasowałyby do piosenki nad którą pracował z Ashtonem.

Chłopak na zajęciach z kreatywnego pisania musiał się cholernie nudzić. Każdego dnia przychodził z kolejnym plikiem zapisanych kartek, z czego składali swoje piosenki. Tym razem nie było inaczej, jednak przybyli tutaj w nieco innym celu.

- Pamiętacie, że bal zimowy zbliża się wielkimi krokami? – mruknął najstarszy z nich, w tym samym czasie nastrajając gitarę. Przygrywał jedną z piosenek All Time Low, którą Luke byłby w stanie zagrać wybudzony z długiego snu zimowego.

- Jest dopiero koniec października. Martw się lepiej egzaminami trymestralnymi – odbąknął Ashton, obracając pałeczkę w dłoni.

- Myślicie że z zajęć teatru niezależnego też jest egzamin? – To pytanie spowodowało wybuch spazmatycznego śmiechu.

Calum wciąż uważał, że to była najlepsza rzecz, którą mógł zrobić w życiu. Druga klasa zawsze była przejściem po najmniejszej linii oporu; kojarzyło się nauczycieli, nie przygotowywało się do egzaminów końcowych i można było wypróbować różne ścieżki rozwoju. W West End College miało się ten przywilej samodzielnego wyboru zajęć na samym początku roku. A jako, że jego przyjaciel zaspał… Lepsze to niż zajęcia na które trafiłby losowo (prawdopodobnie dla poszkodowanego byłyby lepszym wyborem, ale przecież… Hood nie byłby sobą, gdyby na to pozwolił).

- Pewnie wystawicie jakąś sztukę i zaliczycie.

Luke wcale nie czuł się pocieszony– wręcz przeciwnie. Uważał, że to mogło być gorsze aniżeli najtrudniejszy egzamin.

- Zaczynamy?

xxx

Luke wpadł spóźniony na rodzinną kolację i już był pewny, że będzie tego żałował. Ojciec zmierzył go wściekłym wzrokiem, a matka skwitowała to cichym westchnieniem. Nie chciał bardziej zaogniać sprawy, dlatego usiadł pomiędzy braćmi i postanowił zacząć jeść. Sytuacja była bardziej niż napięta, a bał się, że to wcale nie może się tak dla niego dobrze skończyć.

- Pamiętasz o tym, że Ben ma jutro występ? – zaczęła rodzicielka, odkładając sztućce. Luke w takich momentach nienawidził swojej rodziny bardzo mocno.

- Tak, mamo. Pamiętam.

- A pamiętasz o egzaminach, które masz za niecały tydzień? – Tym razem ojciec postanowił dorzucić swoje trzy grosze.

Blondyn powstrzymał się, żeby nie wywrócić oczyma. W tym wypadku umiejętności teatralne mogły jedynie pogorszyć sytuacje, zwłaszcza, że ojciec nie był do końca świadomy planu zajęć syna. Matka doskonale wiedziała o całej sytuacji, jednak ojciec wciąż był przekonany, że jego syn uczęszcza na zajęcia z fizyki jądrowej i bankowość. Pan Hemmings był zdania, że zespół wcale nie pozwoli mu się utrzymać i powinien bardziej przykładać się do nauki. A jak miał przykładać się do nauki, mając zajęcia teatru niezależnego, czy filozofię? Oczywiście była też trygonometria, czy fizyka matematyczna, ale to była inna para gumiaków.

- Tak, tato. Pamiętam.

- To dobrze, synu. Pamiętaj, oceny są najważniejsze.

Luke ponownie przytaknął. Atmosfera w jego domu rodzinnym zawsze była chłodna. Może i rodzice się nie kłócili, jednak na pewno się nie kochali. Pozostawali ze sobą ze wzgląd na przyzwyczajenie, może nie chcieli, żeby rodzina była rozbita, a młodsze rodzeństwo Luke’a wychowywało się w takim środowisku. Tego nikt nie wiedział.

- Prawie nie tknąłeś kolacji – zauważyła kobieta, kiedy ojciec wyszedł z dzieciakami na przydomowe podwórko.

- Nie jestem głodny.

- Luke, martwię się o ciebie. I nie chodzi tutaj tylko o twoje pogarszające się oceny. Szwendasz się po mieście, znikasz na całe dnie. I jeszcze ten okropny kolczyk. Co się dzieje? Jakaś dziewczyna?

Niebieskooki spojrzał na swoją rodzicielkę, upewniając się, czy aby na pewno mówiła poważnie. Liz Hemmings wyglądała na jak najbardziej poważną. Jego rodzice zdawali się myśleć, że wszystko kręciło się dookoła relacji damsko-męskich.

- Mamo, to nie jest coś, czym powinnaś się martwić. Dam sobie radę. Dziękuję za troskę.

Bycie nastolatkiem bywa naprawdę trudne.

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

SIEDEMNASTY

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

DZIEWIĘTNASTY

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

DWUDZIESTY PIERWSZY

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

DWUDZIESTY DRUGI

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

DWUDZIESTY TRZECI

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...
~

You might like jo.'s other books...