| arabella |

 

Tablo reader up chevron

arabella

arabella's got a 70's head
and her lips are like the galaxy's edge
and her kiss the colour of a constellation falling into place

 

                - Słyszałaś, że Arabella z holenderskiego znaczy piękna? – zaczął, obejmując dziewczynę ramieniem. Pokręciła przecząco głową i zaśmiała się melodyjnie.

                - Mogłoby znaczyć cokolwiek, to tylko imię – wzruszyła ramionami i wyciągnęła podniszczonego już iPoda z kieszeni bluzy.

                Niewielkie urządzenie wielokrotnie spotykało się z twardym podłożem i widoczne na nim rysy nadawały mu charakteru, przynajmniej w jej mniemaniu. Luke był przeciwnego zdania – nie powiedziałby, że odtwarzacz miał ledwie ponad rok.

                - Och, to pewnie wcale Arabella nie jest twoją ulubioną piosenką – zakpił.

                Wydęła wargi i w końcu cicho westchnęła. Miał rację. Może imię było jedynie imieniem, ale do czwartej piosenki na albumie Arctic Monkeys miała po prostu słabość. W kieszeni znalazła jeszcze słuchawki i już po chwili mogła rozkoszować się głosem brytyjskiego muzyka.

                - Muszę iść do pracy. Zobaczymy się później?

                Podniosła się z wilgotnej ziemi i otrzepała szorty z trawy. Blondyn posłał jej rozbawione spojrzenie i uniósł jedną brew w zaskoczonym geście. Wystarczyła mu krótka chwila, żeby ponownie trzymać ją w ramionach i spoglądać w błyszczące oczy. W jego ramionach było idealnie. Zapewniał bezpieczeństwo, chronił od świata zewnętrznego.

                - Do zobaczenia wieczorem – szepnęła, wspinając się na palce, żeby móc złożyć na jego wargach słodki pocałunek.

                Obserwował jak powoli odchodziła – w kompletnie zdewastowanych trampach, z kapturem czarnej bluzy zarzuconym na bladoniebieskie włosy. Była chyba najbardziej wyjątkową osobą, którą dane było mu poznać. Zaskarbiała sympatię każdego, kto jawił się na jej drodze. Pod każdym względem.

                Szczególnie pod względem dotrzymywania tajemnic.

                

 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

music shop

in any other summer could you have been my part time lover
to me listening to Stevie Wonder
under the covers where we used to lay

               

                Ich historia była zwyczajną. Mogła przydarzyć się każdemu. Arabella pracowała w sklepie muzycznym, w którym Luke pojawiał się średnio dwa razy w tygodniu. Czasami z przyjaciółmi, czasami sam. Dziewczyna obserwowała go zza regałów, ale nigdy nie odważyła się odezwać jako pierwsza. On sam to zrobił – pod pretekstem polecenia, jej zdaniem, dobrej płyty. Zwracał uwagę na delikatne ruchy, na bladą skórę, odznaczającą się błękitnymi żyłami. Zastanawiał się, czy mogła być prawdziwą osobą – bardziej przypominała postać rodem z bajki Disneya.

                Po dłuższym czasie odważył się zabrać dziewczynę na randkę. Pierwszą, drugą, piątą… Poznawał ją coraz lepiej, a przynajmniej tak mu się zdawało…

                Arabella kryła dużo więcej tajemnic niż mogło się komukolwiek zdawać.

                - John, mogę wyjść dzisiaj wcześniej? – spytała, poprawiając rękaw sweterka.

                Mężczyzna uważnie zlustrował ją wzrokiem – była dla niego niczym córka, której nigdy nie miał i z jednej strony był wniebowzięty, że trafiła do jego sklepu, ale z drugiej… nienawidził jej za to.

                - Jasne, będziesz jutro?

                Przytaknęła i objęła mężczyznę chudymi ramionami. John czasami miał wrażenie, że pewnego dnia kości przebiją jej delikatną skórę. Wydawała się taka krucha, jakby najdelikatniejszy uderzenie, nieco silniejszy uścisk, miał ją rozbić na części.

                - Bawcie się dobrze, dzieciaki – rzucił jeszcze, kiedy wychodziła.

                Uśmiech rozświetlający twarz filigranowej dziewczynki był tego wszystkiego warty – bał się, że pewnego dnia wyjdzie ze sklepu i już do niego nie wróci. Że świat będzie okrutny i ją zabierze. Ale każdego dnia wracała, z tymi samymi bladoniebieskimi włosami, z tym samym szczebiotliwym akcentem i nowymi wieściami do przekazania. Jego sklep muzyczny przed pojawieniem się Arabelli był smutny – wniosła do niego mnóstwo ciepła. Ona była niczym chodzący kaloryfer – każdego potrafiła ogrzać, do każdego umiała się dostać.

                Luke także był wdzięczny za dziewczynę, która każdego wieczora nieśmiało pukała do jego drzwi, by z cichym okrzykiem znowu wpaść mu w ramiona. Za każdym razem kryli się pod kocem, wtuleni w siebie nawzajem, słuchając starych płyt – Arabella kochała lata siedemdziesiąte. Czasami zastanawiał się, czy leżąca obok niego dziewczyna, której błękitne włosy porozrzucane były po całej poduszce, była prawdziwa. 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

books

                Czytelnik może żyć życiem tysiąca ludzi, zanim umrze.(…) Człowiek, który nie czyta, ma tylko jedno życie.

 

                - Luke, podasz mi, proszę, torebkę – wymamrotała dziewczyna, kryjąc twarz w poduszce. – I butelka wody też byłaby super.

                Blondyn sięgnął po torebkę, przewieszoną przez oparcie krzesła, a przy okazji strącił budzik z szafki nocnej. Arabella zachichotała pod nosem – jej chłopak był fajtłapą ale i tak kochała go z całego serca. Zaspany bardziej od niej rzucił torebkę i wodę na jej plecy i wrócił do pięknego snu. Dziewczyna, zmuszona do podniesienia się do pozycji siedzącej, wygrzebała kilka niewielkich opakowań z tabletkami. Nie wiedziała, że Luke obserwował ją kątem oka – jak połyka każdą z tabletek, popijając wodą.

                 - Do czego są te różowe? – zapytał, kiedy odrzuciła torebkę i z powrotem ułożyła głowę na poduszce.

                - Żebyś zbyt wcześnie nie wydał potomka na świat – odparła gładko, niczym wyuczoną formułkę.

                - Białe?

                - Witaminy na włosy i paznokcie.

                - Zielone?

                - Na florę bakteryjną.

                Odpowiadała niemalże machinalnie, ale nie wyglądał na przekonanego. Postanowił nie drążyć jednak tematu, mając ogromne pokłady zaufania do ukochanej. W końcu nie miała powodu, żeby kłamać. Obserwował jak przymyka powieki, a na jej różowe usta zakradł się subtelny uśmiech. Powolnym ruchem odgarnął opadające na twarz kosmyki i założył dziewczynie za ucho. Rano, pozbawiona makijażu, wydawała się jeszcze piękniejsza – była niczym poranek. Twarz nieskalana trudem dnia, uśmiech błąkający się na ustach tak jakby zawsze śniły się jej piękne sny. Jakby koszmary jej nie dosięgały.

                Nie dane mu było długo nacieszyć się jej spokojną twarzą – kilkanaście minut później zazwyczaj zbierała swoje ubrania i znikała w łazience. Wracała w pełnym makijażu, z włosami zebranymi w luźny kucyk i często w jednej z jego koszulek. Całowała go jeszcze na pożegnanie, prosząc żeby zadzwonił, i wychodziła.

                Jeśli podzieliłby jej życie na części to największe zdecydowanie przypadłyby muzyce i książkom. Czytanie było dla niej naturalną koleją rzeczy i to książkom poświęcała się podczas podróży autobusem – wrażenie jakby to ona była główną bohaterką kolejnej powieści, przeżywała razem z nimi rozterki wewnętrzne, kolejne przygody, a na koniec, zamykając książkę miała za sobą kolejne życie. Czasami trochę bardziej, czasami trochę mniej udane.

                Modliła się, żeby pod koniec jej zaliczało się do tych udanych. 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

hard to breathe

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...
~

You might like targaryen's other books...