| unpublished |

 

Tablo reader up chevron

Introduction

rzeczy, których tak naprawdę nigdy nie opublikowałam z prostych przyczyn: straciłam zapał, ewentualnie nigdy nie miałam czasu ich skończyć. 

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

Comment hidden by moderator

Comment hidden by moderator

Comment hidden by moderator

Comment hidden by moderator

Comment hidden by moderator

all of our stars #1

christina ma osiem lat, kiedy poznaje ashtona. dzieje się to całkowitym przypadkiem – leży na zroszonej wieczorną rosą trawą i podziwia gwiazdy. zawsze to robi. i wtedy podchodzi do niej chłopiec, na oko trochę starszy od niej, i leżą obok siebie, obserwując gwiazdy, nie odzywając się za wiele.

chrissy jest roztrzepanym dzieckiem, z burzą czekoladowych loków, zakrywających twarz, które z wiekiem zaczęły się kształtować w kaskadowo opadające na ramiona fale. jest nieco pyskata, bezczelna i ma sporo do powiedzenia na każdy temat. jest zafascynowana gwiazdami – jej ojciec, jako fizyk snuł wspaniałe opowieści o galaktyce, za każdym razem przedstawiając jej kolorowe ryciny planet, a także pozostałych ciał niebieskich. już wtedy christina zdała sobie sprawę, że jest zaledwie niewielką drobinką w morzu zwanym wszechświatem. nie była pewna, czy zgadzała się z tym stwierdzeniem, zawsze była przekonana, że stworzono ją do czegoś większego, ale do tej części historii jeszcze przejdziemy.

ashton jest starszy od chrissy. nie jest to przytłaczająca różnica, bagatela bo dwa lata, ale christina jest tym faktem zbulwersowana. i wypomina mu to przy każdej możliwej sytuacji.

ashton, tak jak christina, jest zafascynowany gwiazdami. może nie do tego stopnia, co szatynka, ale to on jest jej towarzyszem podczas długich nocy spędzonych na wilgotnej od rosy trawie w trakcie wypatrywania kolejnych konstelacji i odgadywaniu ich nazw. chociaż dużo więcej przyjemności sprawia mu przyglądanie się nakrapianemu piegami, lekko zadartemu do góry nosowi chrissy. i jej oczom – czekoladowym, w których zwykły odbijać się srebrne gwiazdy. nie potrafił tego wyjaśnić, ale był jeszcze dzieciakiem, nie rozumiał wielu rzeczy.

na przestrzeni kolejnych lat ashton był dla chrissy najlepszym przyjacielem i jedynym, którego miała – był przy niej nawet kiedy świat utracił kolory wraz z śmiercią ojca christiny. starał się ze wszelkich sił sprawić, żeby jego przyjaciółka, wtedy dwunastoletnia dziewczynka, wróciła do normalności. był dla niej pewnego rodzaju starszym bratem, którego ta nigdy nie miała. a później dorośli…

dorastali razem – przechodzili przez fazę buntu, słuchając starych kapel, to on opowiadał jej o gwiazdach układających się w konstelacje i tłumaczył zjawiska, które pozostawały dla niej niezrozumiałe. stali się nierozłączni i nikt nie potrafił zrozumieć tej relacji poza nimi samymi.

to zabawne, chrissy była pierwszą osobą, która bez wahania wsiadła do jednego samochodu z ashtonem, kiedy ten dopiero co dostał prawo jazdy. to nieważne, że prawie rozbili się na pierwszym drzewie po brawurowo wykonanym zakręcie. ufała mu. w każdym aspekcie.

kiedy christina kończy dwadzieścia jeden lat zaczyna się cała historia, gdy podczas urodzin chrissy prosi aby ashton był jej pierwszym pocałunkiem.

 
Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

little stranger #1

Zaczęło się niewinnie.

    Aileen zerwała z Dylanem. A może Dylan zerwał z Aileen? Nie, na pewno nie. To Aileen pozbyła się Dylana ze swojego życia, mając dość kolejnych beznadziejnych wymówek – po prostu pożegnała się z mężczyzną, wystawiając walizki za drzwi jej mieszkania. Miała dość, każdy by miał po spędzeniu roku w toksycznym otoczeniu, gdzie każda kłótnia ważyła na jej zdrowiu psychicznym. Dylan oczywiście krzyczał, że się poprawi, składał solenne obietnice, że tym razem będzie inaczej. Błagał o kolejną szansę. A ona siedziała, z wzrokiem utkwionym w punkt na ścianie, i słuchała. I ignorowała każde kolejne słowo. Tak było najłatwiej.

    Trzaśnięcie drzwiami spowodowało skrzywienie na jej twarzy, ale także wzruszenie ramionami. Niektóre epizody w życiu kończyły się tylko po to, żeby inne mogły się zacząć. Aileen rozpoczęła swój nowy epizod od kubka gorącej herbaty i podsumowania dotychczasowego życia. Właściwie to nawet nie było czego podsumowywać. Po studiach łapała się różnych prac, nigdzie nie mogąc znaleźć własnego miejsca. Boston oferował wiele dróg rozwojowych, jednak żadna nie podpasowała szatynce, przez co skończyła jako pracowniczka niewielkiej kawiarni, żeby móc w jakikolwiek sposób móc się utrzymać. I na co były te przeklęte studia dziennikarskie, skoro gazeta do której pisywała nie cieszyła się popularnością, a sam magazyn ledwie się wypłacał. Nie tak miało wyglądać dorosłe życie Aileen. Miała cieszyć się życiem, oczywiście w granicach rozsądku, a nie ciułać grosz do grosza, modląc się, żeby kolejnego dnia nadszedł długo wyczekiwany cud.

    Wydawać by się mogło, że Dylan miał być tym cudem. Poznali się przypadkowo, kiedy szatynka powróciła na uczelnię, żeby odebrać papiery. Wpadła na niego, a kawa, którą miała w kubku wylądowała na śnieżnobiałej koszuli mężczyzny. Wszystko wydawało się być  idealne… do momentu, w którym zdrowie psychiczne panny Wood zaczęło być naruszanie. Powinna była uciekać, kiedy tylko powiedział jej, że nie nadaje się do życia w społeczeństwie, a odnoszone porażki są tylko i wyłącznie jej winą. Bzdura. Kompletna, pieprzona bzdura.

    - Zawsze ci powtarzałam, że był skończonym kretynem – usłyszała w progu, otwierając drzwi przed drobną sylwetką przyjaciółki z czasów studenckich. Ginger z szerokim uśmiechem i pudełkiem lodów w dłoniach zjawiła się niemalże po ogłoszeniu ‘alarmu podylanowego’. – Całkiem przystojnym, ale wciąż kretynem.

    - Przepraszam? – wymamrotała, owijając się szczelniej różowym kocem. Chciała, żeby nie bolało. Ale bolało, jak cholera. W końcu, nawet gdyby tego nie chciała, był częścią jej życia przez calutki rok. A nawet trochę dłużej.

    - Posłuchaj mnie, moja babunia zawsze mawiała, że czym się zatrułeś tym się lecz, a najlepszym remedium na zapomnienie o byłym chłopaku jest… nowy chłopak.

    - Wytrzasnęłaś to z opakowania płatków śniadaniowych? A może z magazynów, które tak namiętnie czytasz wieczorami?

    Ginger zmroziła ją wzrokiem stalowoszarych tęczówek – zawsze to robiła, kiedy Aileen odgryzała się trafną ripostą.

    - Śmiejesz się z mądrości babuni Cunningham?! Spłoniesz za to. Spłoniesz, Wood.

    - Wiesz… nowy facet byłby w porządku… ale dopiero za miesiąc, rok. Może w kolejnym życiu. – Sięgnęła łyżeczką do kubełka z lodami, nabierając całkiem sporą ilość ulubionych lodów z ciasteczkami czekoladowymi. Jeśli to nie był smak raju, to Aileen nie wiedziała, co mogło nim być.

    - Jesteś młoda, masz sporo perspektyw przed sobą. Nie zamykaj się na nie, tylko dlatego, że z Dylanem nie wyszło. A zresztą… po tym, jak cię traktował dziwię się, że nie zrobiłaś tego dawno temu…

    Wood bawiła się łyżeczką, próbując pozbierać myśli w logiczną całość.

    Szkoda, że jej życie już dawno zostało jej pozbawione.

 

    Boston, największe miasto stanu Massachusetts, a także jego stolica, nigdy nie mógł się pochwalić wysoką średnią temperatur. A tegoroczny styczeń był wyjątkowo lodowaty, co Aileen odczuwała przebijając się wietrzną uliczką, by dotrzeć do pracy. Szczelniej owinęła się szalikiem w kratę i przeklęła swoją próżność, objawiającą się w wytuszowanych rzęsach. Przeprowadziwszy się z Florydy, nie przywykła do temperatur poniżej zera stopni Celsjusza, a kiedy usłyszała o wyjątkowo srogiej zimie nie miała najmniejszej ochoty na wyściubianie nosa poza obręb ciepłego mieszkania. Łzy płynące po zarumienionej twarzy, spowodowane mroźnym wiatrem były jedynie dowodem, że nie powinna z niego wychodzić. A już na pewno powinna darować sobie drugą warstwę tuszu do rzęs.

    Jakimś cudem dotarła do sklepu i odetchnęła z ulgą na zalewającą falę ciepłego powietrza. Jenna Pole dbała o swoich pracowników i nigdy nie oszczędzała na ogrzewaniu. Po odzyskaniu neutralnej temperatury ciała Aileen w końcu pozbyła się beżowego płaszczyka i podreptała na zaplecze, by zameldować się przed Jenną i rozpocząć zmianę. Kawiarnia była tymczasowym wakatem, na który porwała się po koszmarnym doświadczeniu związanym ze sklepem z narzędziami.

    - Aileen, z natury byłaś taka blada, czy coś się stało? – Usłyszała po tym jak ciężkie drzwi z hukiem się za nią zatrzasnęły.

    Dziewczyna wzruszyła ramionami i sięgnęła po czarny fartuszek – nie musiała się spowiadać z całego życia.

    - Pokłóciłaś się z Dylanem, co? – Jenna ponownie podjęła temat, krzyżując ramiona na wysokości piersi. – Nie wykręcaj się.

    Westchnęła – chyba cały Boston wiedział o jej problemach sercowych.

    - To nic takiego, Jenna. Daj spokój – wymamrotała, odnajdując notesik i czarny długopis. Jak na złość żaden z nich nie pisał. Niezręczność całej sytuacji z sekundy na sekundę rosła.

     - Jeśli będziesz potrzebowała pomocy to wiesz do kogo się zwrócić.

    Aileen przytaknęła i rozpoczęła zmianę. Jak zawsze zapowiadało się spokojnie – większość młodzieży ignorowała niewielkie kawiarenki na rzecz znanej marki Starbucksa.  Wsłuchując się w rytm muzyki, płynącej z radia, lawirowała pomiędzy kolejnymi stolikami, kiedy zachodziła taka potrzeba. Przez większość dnia było spokojnie i dziewczyna mogła w końcu zasiąść na zapleczu i skonsumować drugie śniadanie, popijając je cynamonową latte, specjalnością zakładu.

    Nic tego dnia nie zapowiadało zbliżającej się katastrofy.

    - Zastałem Aileen? – Donośny głos mężczyzny był słyszany niemalże w całej kawiarni, także na zapleczu. Dziewczyna zakrztusiła się pitą kawą, ale nie dając nic po sobie poznać, otrzepała się z niewidzialnego kurzu i wyściubiła nos za drzwi. Zdecydowanie nie powinna była wychodzić z łóżka.

    - Czego tutaj szukasz Dylan? – wymamrotała, odgarniając kosmyki opadające na twarz. Kolega ze zmiany uważnie obserwował dwójkę, mierzących się nawzajem ludzi, gotowy by zainterweniować. Aileen jedynie machnęła ręką, żeby sobie odpuścił.

    - Myślałem, że w końcu się namyśliłaś i zmieniłaś zdanie – zadrwił, uśmiechając się półgębkiem. Zawsze taki był. I zawsze sprawiał, że czuła się słaba. Urok Dylana.

    - Myślałam, że mój komunikat był jasny i łatwy do zrozumienia – syknęła, próbując odnaleźć w sobie wystarczająco siły, żeby się nie rozpłakać. – Byłoby niezmiernie miło, gdybyś stąd zniknął i przestał mnie nachodzić.  

    - Jak długo, słońce? Kiedy w końcu znudzi ci się samotność, huh?

    - Mam nadzieję, że nigdy. Skończyłam z tobą.

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...

disheartened #1

Comment Log in or Join Tablo to comment on this chapter...
~

You might like jo.'s other books...